wtorek, 7 lutego 2017



Dobry. Żyjecie? Jesteście? Lubicie mnie jeszcze? I czy właściwie jeszcze pamiętacie, kim ja właściwie jestem?! ;)

 Tyle się ostatnio działo, że... Chwilami nie ogarniam. Były chwile gorsze, ale także i lepsze, co sprawia, iż styczeń oceniam mniej więcej na dostateczny. A co się działo? 
Po kolei. 
W nowy rok weszłam w szampańskim humorze i doborowym towarzystwie. I nie będzie tu wcale przesadą, gdy stwierdzę, że był to mój pierwszy Sylwester (nie) w gronie rodziny. I podobało mi się! Święta natomiast były monotematyczne. Tu żarcie, tam żarcie. Pasztecik, szklanka pepsi, rybka z piekarnika, tysiąc pińcet sałatek i kaczka w wykonaniu siostry mej zwanej także matką nr 2. Najmłodszy w rodzinie zdmuchnął pierwszą świeczkę na torcie, mnie gardło ścisnęło wzruszeniem, a Igorecki zaczął mówić literkę r. Żegnaj "fujo beemko".
 Chlip.
 
W styczniu, na początku roku straciłam dziadka. Hiobowa wiadomość została mnie nad kartkami, jedną z nich miała być kartka z okazji dnia Babci i Dziadka. Żadna z nich nie powstała. I już nie powstanie. No chyba, że będę na to gotowa. Póki, co nie jestem. Mimo sędziwego wieku dziadzia i świadomości, że przecież każdego czeka kres, człowiek nigdy nie jest na to gotowy. I tylko świadomość, że mam tylu opiekunów w górze pomaga.
 
Zbiegło się to wszystko z moją chorobą. Lewa nerka zaczęła boleć, promieniować do kręgosłupa, co omyłkowo zinterpretowałam, jako lumbago. Ostatecznie siekło mnie tak, że właściwie przez dwa tygodnie nie wychodziłam z łóżka. Przerastała mnie nawet jazda wózkiem, a na widok termoforu do dziś mam mdłości. No i właśnie to było głównym powoderem nieobecności. Ból mnie zwyczajnie spowolnił ;) A aplikacja blogspota w ogóle nie chce publikować mi postów :/ No ale... Koniec końców złego licho nie bierze i powstałam. Nerki nadal w kondycji średniej, ale stabilnej.
 
23 Stycznia stałam się posiadaczką nowego wózka. Ów wózek jest o połowę lżejszy od tego, który miałam dotychczas i bardziej zwrotny. Przyzwyczajamy się do siebie, poznajemy. Póki, co jest bez wypadkowo (tfu tfu !). Obeszło się bez ubierania kasku. Aczkolwiek czuję, że jak tu to napiszę to z pewnością się gdzieś wypierdziele. Cała ta akcja z wózkiem dała mi sporo do myślenia i uzmysłowiła, jaką szczęściarą jestem i jakich wspaniałych ludzi mam wokół siebie Gdyby nie wpłaty procenta i wsparcie nie udałoby się tak szybko tego załatwić. Wszystko to zbiegło się ze zbiórką w mojej gminie dla pewnego małego chłopca, potrzebującego chorej wręcz kwoty do walki z nowotworem mózgu. Kwota została już zebrana. Brawo Oni! Brawo My! I to by było na razie na tyle. A niedługo wpadnę i może kilka aparatowych migawek zostawię... I może nawet uda mi się to zrobić w tym roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz