poniedziałek, 21 września 2015

Wózkowiczem być: Szpital. Słodko gorzkie wspomnienie

źródło:internet
Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie. Ogromny budynek, charakterystyczny niebieski daszek przy wejściu. Wielka żyrafa w holu.
Miejsce, które zaraz po rodzinnym domu znam jak własną kieszeń.
To tu przed dwudziestoma  dwoma latami  uratowano mi życie.
To tu spędzałam początkowo każdy dzień życia,  aż w końcu ograniczało się to do jednej wizyty na rok.
Wszystko pamiętam. Cały bukiet emocji, który mi towarzyszył.
Strach, ból, znudzenie w poczekalni, śmiech.
Śmiech? W szpitalu? Zapewne pukacie się teraz w czoło. A jednak.

Gdy mówię Prokocim widzę bufet. Pełen słodyczy, kanapek z szynką, które przeszły do historii. Do dziś nie odnalazłam  takiego smaku.
Wyprawa tam była dla mnie wycieczką. Przygodą z niemiłym epizodem jakim była wizyta u pani doktor. Tam też, w gabinecie, próbowałam zagadać na śmierć moją lekarkę. Na ścianie, na tablicy korkowej, mnóstwo zdjęć. Same dzieci. Wiele z nich na wózku. Jak Ja.
Pierwsze komunie, świeczki na torcie, wyjazd nad morze i wielki grzyb w lesie.Każde zdjęcie to inna historia.
Niejednokrotnie nazywam po swojemu każdą twarzyczke. Wkrótce z dumą oddaje swój komunijny portret. Przez dziesięć lat szukam podczas każdej wizyty swojego zdjęcia. Początkowo z dumą, potem ze wzruszeniem.

Kolorowa zjeżdżalnia w poczekalni pochłania. Złoszcze się gdy muszę ją zostawiać. Znów daje sie przekupić obietnicą kupna  gorącej czekolady.
Po każdej wizycie wizyta u Babci.
Hol, kolorowy, wielki. Dzieci. Mnóstwo dzieci przyklejonych noskami do szyb, obserwujących ruchliwe, krakowskie ulice.
Mijają lata. Dorastam. Widzę to, czego podczas ostatniego pobytu nie dostrzegłam.
W wieku sześciu lat ląduje na jednym z oddziałów, w celu przebadania mnie. Na pięć dni. Jest to ostatni tak wyraźnie zapamiętany pobyt w tym szpitalu.
Niemiła pobudka. Z rana, tuż przed obchodem budzi Nas pielęgniarka. Nie ważne że jesteśmy niewyspani, marudzący. Otwierana jest rama łóżeczka, żelaznego, białego, z pęknięciami. Paskudnego. Już dawno wyrosłam z łóżeczka, mam przecież sześć lat. Następnie myją nas w wielkich umywalkach. W plastikowym, różowym pudełeczku mydło "Bambino". Pudełeczko, wraz z innymi akcesoriami dostałam od babci. Gdy spytała co chce dostać, powiedziałam, że kosmetyki. Mam właśnie fazę na bycie damą. Siostra przesyła mi pół butelki swojego balsamu do ciała. Prawdziwy kosmetyk dla dużych dziewczyn! Babcia oddaje mi swoją szminkę. Ale jestem dumna!

Płacz chłopca, którego mama z powodu opieki nad młodszym dzieckiem w ciągu tygodnia odwiedza go raz.
Pawełek, wówczas roczny rówieśnik Oli, z wadą serca, jego wciąż niespokojna mama nie wychodzi z jego pokoju. Pawełek jest jeszcze mały, dlatego może spędzać z Mamą więcej czasu niż My.
Krystian, wychowanek domu dziecka. Mimo iż starszy,  by wymusić coś, popuszcza w majtki. Gdy próbuje tratować nas w świetlicy wózkiem, wkurzone  pielęgniarki wiążą  mu koła pieluchami tetrowymi.

Jedna z dobranocek na oddziale. My przed tv,  które ryczy wesoło: Koniec bajki, a dla tych kto nie słuchał dwie dziurki w nosie i skończyło się.
Z jednego pokoju nagle dopływa jednostajny pisk. Lekarze pędzą na złamanie karku, mamy patrzą po sobie dziwnie.
My nadal z nosem w tv, nie wzruszeni. Bo skąd mamy wiedzieć, że tam za drzwiami rozgrywa się tragedia?

Katolickie gazety "Jaś", rozdawane przez siostry zakonne. Miły diakon, który co rano przychodzi na oddział i razem nawlekamy na różową żyłkę plastikowe koraliczki. Po kilku dniach wyjechał, oddać swojej krewnej nerce.
Dziewczynka, która po wypadku samochodowym traci rodziców. Nikt nie chce jej o tym mówić. Lekarze wciąż ukrywają przed nią najgorszą prawdę. Jest już duża, większa ode mnie. Spędzam z nią dużo czasu, nudzę, zaczepiam.
Zapach buchty, nieposolone ziemniaki, które wywołują u mnie odruch wymiotny. Białe krzesła, dla mam.

Na oddziale spędzam pięć dni, potem idę do pierwszej klasy. Dzieci w szkole nie rozumieją dlaczego z taką ekscytacją opowiadam, że jeden z tygodni wakacji spędziłam w szpitalu. Ja nie rozumiem co jest w tym dziwnego? Przecież skoro choruje, to logiczne, że tam byłam. I było fajnie. Bo było dużo dzieci i bo rodzice kupowali mi co sobie tylko wymyśliłam.
Bo wtedy wszystko jest czarne, lub białe.

Z biegiem lat wszystko się zmienia. Rosnę. Dojrzewam. Znikają kanapki z bufetu, ich miejsce zajmują inne. Też pyszne. Ale nie te co wtedy.
Na zjeżdżalnię jestem już za duża. Wstyd też powoli iść do sklepu z zabawkami.
Żyrafa w holu robi się obojętna. Tylko w poczekalni lubię nadal siedzieć. Zaglądam do każdego niemowlęcego wózeczka i nosidełka. Zaczepiam rodziców, pytając o imiona.
Wraz z dziećmi, dostrzegam ich choroby. Problemy ich rodziców. Dochodzi lęk o wyniki kolejnych badań. Coraz częściej, coraz dłużej pamiętam nieprzyjemne odczucia z zabiegów.

Mija osiemnaście lat. Jestem już dorosła. Mam zmienić szpital, ale przedtem muszę przejść szereg badań, by skompletować aktualną dokumentację.
Ostatnie z nich odbywa się w miejscu w którym nie byłam nigdy wcześniej, a może po prostu dziecięcy umysł wyparł go z pamięci?
Oddział dializ. Tam nic nie jest takie samo. Jest szaro, buro. W jednej z sal dziewczynka.
Nie wyszła z tego szpitala, ani oddziału bardzo długi czas. Mimo, że była przecież tak mała.
Nie ma nerek, czeka na przeszczep. By żyć musi być wspierana przez maszyny. Nie, nie może tak zawsze. Ma szansę na zdrowie, na normalne życie. Ale na razie musi poczekać na dawcę.
"Mamo, idziemy na spacer?" pyta.
Jadą przez hol.
Zatrzymują się przed szklanymi drzwiami holu.
 Spogląda na bawiące się dzieci. Nie może do nich dołączyć.
Koniec wycieczki.
Wracają.

Wychodzę z tego oddziału inna. Po raz pierwszy opuszczam szpital ze ściśniętym gardłem.
Jakiś czas później, gdy jadę do supermarketu obok szpitala, po raz pierwszy nie mogę spokojnie spojrzeć w okna sal. Uderza mnie ogrom niesprawiedliwości. Wspomnienia, dotąd słodkie, zaczynają mieć w sobie jakąś gorycz. Nie sprawiedliwość. Bo ja mogę być tu. A oni są tam. W miejscu, gdzie nigdy nie powinny się pojawić.
Od tej pory wszystko spostrzegam inaczej.

Mam dziś prawie dwadzieścia dwa lata.
Cztery lata temu zmieniłam szpital.
Szpital któremu zawdzięczam życie.
Szpital, w którym tak wiele historii, nie zawsze szczęśliwych.
Który nauczył mnie pokory, wdzięczności za to, że był tylko coroczną atrakcją.
Zawsze będę pamiętać.




Z dedykacją Andżelice, Karolinie, Krystianowi, Patrykowi, Natanielowi, Iwonce, Kasi, Pawełkowi i Julce, oraz wszystkim sprzymierzeńcom w walce o zdrowie, których imion już nie pamiętam.
Wiem, że znikoma szansa byście to kiedykolwiek znaleźli i przeczytali.
Ale mam nadzieję, że u Was Ok.

12 komentarzy:

  1. Bardzo piękny, wzruszający wpis.
    A szpital jaką ma bajkową architekturę, piękny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W środku jest bardzo kolorowo, z biegiem lat coraz ładniej, dbają o to miejsce, by maluchom było dobrze
      :) dzięki

      Usuń
  2. no i nic nie mogę powiedzieć...
    popłakałam się...
    jestes bardzo silna kobietą Nati, masz rację żadne dziecko nie powinno trafiać w takie miejsca, ale nie mamy na to wpływu... dobrze wiec, ze są takie miejsca, tacy lekarze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :* Masz rację, choć przez lata widziałam i różnych lekarzy i różne pielęgniarki. Ale czasy i świadomość rodziców nt. tego jak powinno się traktować w szpitalu mamy i dzieci na szczęście się zmienia.

      Usuń
  3. :*
    Buziak moja mała, wielka wojowniczko.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wzruszylam sie Kochana...

    Dzieci sa niesamowite. Nawet w najbardziej przykrym miejscu znajda powod do radosci i nadal potrafia sie bawic... Szkoda, ze dorastajac tracimy te zdolnosc, a zyskujemy zbyt duzo wiedzy o tym co dzieje sie za kolorowymi scianami gabinetow zabiegowych... :(
    Przytulam wirtualnie. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, trafiłaś w samo sedno. W dodatku fajne jest u maluchów to, że to co złe tak szybko zapominają. Z biegiem lat również ta umiejętność zanika
      :** przytulam

      Usuń
  5. czytałam ze ściśniętym gardłem i wspominałam swoje szpitale, swoje smaki i zapachy. łzy i tęsknotę. dobrze, że to już poza mną....
    jesteś świetnym przykładem, że takie sytuacje mogą wzmocnić na całe życie.
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :*** dobrze że to już za nami, racja...

      Usuń
  6. Podobnie jak Ty, ja też przez 18 lat byłam związana z tym szpitalem... Pamietam, jak 1,5 roku temu trafila tam moja Chrzesnica i pojechalam ja odwiedzic... jak przekroczylam mury tego szpitala, tylko teraz troche w innej roli... az mnie do dzisiaj w gardle sciska... Boze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak samo ja. Gdy przyjechałam tam z małym Igorem na jedną z kontroli poczułam uścisk w gardle... Wspomnienia odżyły...

      Usuń