środa, 30 lipca 2014

Weź Noel, ogarnij się.

Lista spraw do zrobienia piętrzy się niebezpiecznie. Odłogiem stoi blog, odłogiem stoją kartki, hiszpański.
Nie chce się nic. Bynajmniej nie z powodu złego humoru. Humor jest ok. Tylko ten Niechciej jakoś się rozpanoszył.
Do samej notki zabieram się od dobrych kilku dni. I się zaczyna. Pisze. Zmazuję. Piszę. Zmazuję.
Tak samo z kartkami. Wyciągam papiery, oglądam. Wkładam. I co? Gucio. 
Ostatecznie postanowiłam usiąść i na siłę wręcz zmotywować się do roboty. A żeby poszło sprawnie to... zastosuje moją ulubioną taktykę. Numeryczną notkę miszmaszową! Więc co u mnie? Ano:
  1. Po pierwsze mam remont. W końcu. Mój pokój od tamtego tygodnia przechodzi istne przeobrażenia. Panele zmienione, ściany zmienione, łóżko zmienione! Nawet karnisz i biurko nowe! No dobra... z tym biurkiem, to jeszcze nie zupełnie. Rodzice jadą dziś do IKEI i coś wybiorą. Najprawdopodobniej z kolekcji , z której niedawno zakupiłam półkę,  na moje kartkowe sprawunki tj. pierdolnik. I dzięki Bogu, że tym się zajmą...
  2. ...Bo ja w sklepie dostaję czegoś... niewytłumaczalnego. Przykład? W tamtym tygodniu, po rutynowej kontroli u neurologa (A nawiasem mówiąc, to fajna kobiecina! Zaraz po mojej nefrolog. Przynajmniej dwoje lekarzy z innych pięciu trafiło mi się spoko. :P) wybrałam się do papierniczego. Jednego z największych w powiecie. BOŻE. Czego tam nie było! Wstążeczki, papiereczki (nabyłam cztery sztuki), serwetki, pisaczki. Jak weszłam, to zalała mnie taka fala kolorów, faktur, oraz napisów, że przez moment nie mogłam skupić wzroku na jednej rzeczy. I teraz już wiem, dlaczego pedagodzy nie pozwalają dzieci torpedować kolorami... Oj rozumiem jak cholera.
  3. A co do dzieciów to... puusto miałam w tamtym tygodniu. Dzieci, z Olsonem, siostrą nr 1 i szwagrem wybyły sobie do Władysławowa. Coby nie było mi zbyt smutno-zostawili na przechowanie Franka. Franek jest żółwiem. Nie mówi, nie komunikuje, ale nie ugryzł. Możemy więc przyjąć że był zadowolony z opieki? A chłopcy wrócili w niedzielę. Znowu więksi, opaleni, szczęśliwi jak cholera. Widząc ich satysfakcję z tej podróży widać, że było warto!
  4. ...Duszno. Chyba burza znów będzie. 
  5. Igorowi właśnie znudziła się bajka... Czy mam mu zmierzyć temperaturę?
  6. A jednak nie. Przypomniało się cholerze, że mieliśmy grać "w gly na komputezie". A już się martwiłam. :P
  7. A u Was co? :>

czwartek, 17 lipca 2014

Chcieli ciepło? Macie ukrop. /Noelowy sposób na upał

Uwaga!
Podaje przepis na herbatę-cud. Chłodzi w mig! A jeszcze jaka pyszna!
http://pl.freepik.com

Herbata cud

Składniki:
  • Ulubiona herbata.
  • Cukier (jeśli słodzicie) ilość wedle uznania
  • Woda w czajniku
  • ŚWIEŻA MIĘTA W LIŚCIACH
  • Ukochany kubek
Herbatę zalewamy wrzątkiem, słodzimy (jeśli słodzimy). Dodajemy liść mięty. Koniecznie świeży. Najlepiej z ogródka. I nie umyty uprzednio. (Niechaj szlag trafi wszystkie przepisy BHP i inne uje muje). Wypijamy GORĄCE. Tak, dobrze państwo słyszeli! Pijemy gorące! W gorący czas gorąca herbata to wybawienie, bo reguluje temperature ciała.

Koniec przepisu! Smacznego!

Mnie herbata orzeźwiła jak zawsze-niezawodna. A przepis odkryłam przypadkowo z kumpelą-jakiś rok temu. Nie pomagało nic. Gorąca herbata okazała się wybawieniem!

A poza upałem wszystko u mnie dobrze. Co prawda straciłam zapał do... no do wszystkiego. A już na pewno do kartek (ale blok kupiłam... :P ) Ale przynajmniej humor dopisuje. 
Jednym z powodów przestoju był przyjazd Milusi. 
Milusia już wcale nie jest taką małą Milusią! Jedenaście miesięcy, zęby, których już policzyć nie potrafię, blond loki, dwa niebieskie oczka-jak guziczki.
Pełza, śpiewa, gada, tańczy...ROZRABIA.
Cudowna, cudowna, cudowna i jeszcze raz-cudowna! < 3
Jak zresztą cała trójka.
Dziś pojechała już do domku, ale obiecały że niedługo znów przyjadą...
...Jak będę grzeczna czy coś?
Ale sami powiedzcie, czy ja w ogóle bywam niegrzeczna? Chodzący ideał... :P


A na dowód że nie każdemu upał doskwiera:

Ciotka Kaśka: Igor, otwórz drzwi, bo duszno.
Igor: Ale ja lubię dusno...


I pomyśleć, że już od soboty nie zobaczę tej mojej cholery aż tydzień... 
Auuuuuu!


poniedziałek, 14 lipca 2014

Codzienności migawki...

   Pogoda oszalała. W dzień potrafi naprawdę zmieniać się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili świeci słońce, lazurowe niebo, z człowieka aż się leje. W drugiej zaczyna grzmieć, padać wiać. Człowiek nic nie może zaplanować.

   
W tamtym tygodniu na przykład bawiłam się jednego wieczoru na grillu integracyjnym naszej parafialnej scholi, do której uczęszczam. Tego samego dnia została z powodu pogody odwołana dobre dwa razy... ;) ostatecznie zdecydowaliśmy się spotkać. B., u której organizowaliśmy imprezę ma piękny ogród (Nawet proponowałam że kupię, ale mówiła, że mnie nie stać... :P ), a także zadaszony taras.

   
Nasza schola generalnie podzielona jest na młodsze dziewczynki w wieku od 9 do 12 lat oraz na starsze, w której wiek nie gra już roli :P. Na początek bawiły się dziewczynki. Organizatorka nasza droga wymyśliła im szereg naprawdę fajnych gier i zabaw logicznych. Po dwóch godzinach nadeszła pora na Nas. Pojadłyśmy, pośmiałyśmy się, pogadałyśmy... I takie chwile uwielbiam :)
Cierpię na permanentną sklerozę. Nie ogarniam, który dzień w kalendarzu, który dzień w tygodniu. Klej do kartek kupiłam, żeby potworzyć troszeczkę... Gdy go kupiłam okazało się, że... skończył się blok techniczny. Który notabene kupuje już od dobrego tygodnia... Ciągle o tym zapominam! A przecież cały czas ktoś jest w sklepie. A i z dziewczynami spaceruje tak często, że po drodze wstąpić do sklepu możemy...

Cała Noel. Cała Ja. Karteczki do zapisywania i orzechy włoskie na pamięć trza.
...Oczywiście jeśli nie zapomnę ich kupić. :P
Obecnie siedzę w domu. Zaraz umyje łeb. Skończyły mi się wszystkie książki. Znów odzyskałam chwilowo zatraconą wenę do czytania. Przy niektórych książkach uroniłam nawet łzę. Jutro w bibliotece muszę skompletować kolejną, tygodniową porcję.
Próbuje też pisać recenzje. Napisałam już kilka, ale jak na razie nie zasługują na publikację. Są jeszcze niezbyt inteligentne ;)
Za siódmą recenzją może nawet tu coś wstawię... :P
Weekendu nie ma co opisywać. Bo minął tak szybko że nawet nie zdążyłam zakumać, że jest.  ;)

Zauważyłam, że zaczęłam mieć upór przed pisaniem tu "byle czego" z codziennego życia.Czułam się nudna. Ostatecznie jednak otworzyłam blogspota i... pisałam. I co? Poszło...

środa, 9 lipca 2014

Środa z "Tesą"- Moja pierwsza w życiu recenzja!

Dzięki uprzejmości pani Izabeli mam nieopisaną przyjemność testowania produktów marki
(KLIK!)
 "Tesa SE to jeden z wiodących światowych producentów samoprzylepnych produktów i rozwiązań systemowych.


Od roku 1941 nazwa tesa® stanowi markę reprezentującą wszystkie produkty samoprzylepne wytwarzane przez naszą Grupę. Nazwa obejmuje szeroki zakres różnych rozwiązań systemowych do stosowania w przemyśle i przez profesjonalistów, a także 300 produktów przeznaczonych dla konsumentów m.in. taśmy klejące, bogata oferta uszczelek, haczyków i moskitier."


Otrzymałam naprawdę wiele cudnych produktów. Jako, że jestem osobą zajmującą się rękodziełem papierowym, poszukuje kleju, który spełni moje wszystkie wymagania.
Pierwszym produktem, który wybrałam do testów był

Tessa roller klej w taśmie trwały (kliknij, by przejść na stronę produktu)

Od producenta, na stronie internetowej dowiedziałam się że:

"Klej w taśmie tesa Roller trwały to nowoczesny sposób na czyste i trwałe klejenie
  • Bardzo wysoka siła klejenia
  • Czyste, szybkie i trwałe klejenie
  • Do klejenia papieru, kartonu, fotografii itp.
  • Czerwonawy odcień wskazuje miejsce nałożenia kleju
  • Nośnik odporny na rozdarcie (folia PET)

    ecoLogo:
  • Nie zawiera rozpuszczalników
  • Wytworzony w 81% (wymienny wkład 61%) z materiałów pochodzących z recyklingu
  • Opakowanie: karton z recyklingu, blister nie zawiera PVC"








Osobiście wielokrotnie czytałam nt klejów w taśmie, ale nigdy nie zdecydowałam się na ich kupno. Nie byłam przekonana do ich działania. Dodatkowo ceny powalały z nóg. Dotychczas używałam zwykłej taśmy dwustronnej, gdzie trzeba się wykazać precyzją, by nakleić ją w pożądanym miejscu. 

Jak widzicie, klej rzeczywiście zostawia lekko widoczny, czerwony ślad. Dzięki niemu możemy zobaczyć, w którym miejscu nałożyliśmy klej.Przy rozprowadzaniu kleju, w kilku miejscach dochodziło do lekkiego obszarpywania kleju. Dlatego dwa razy musiałam poprawić pozostawiony ślad, by przyklejony papier nie odchodził w żadnym miejscu. Na szczęście nie jest to jakieś męczące i całkowicie nie sprawiło kłopotu ;)
Tadam! Nadszedł czas na chwilę prawdy. Odrobina skupienia i baza kartki została przytwierdzona do kolorowego papieru. Odczekałam chwilę, po czym pełna nadziei obejrzałam i przycięłam kartkę.  Papier przykleił się równomiernie. Próbowałam jeszcze sprawdzić jego moc, delikatnie próbując zedrzeć papier. Spotkała mnie jednak miła niespodzianka! Klej jest mocny, nie puszczał mimo odczekanego czasu. Jestem zadowolona!! :) A do kleju powrócę na pewno. Czuje, że będzie moim numerem jeden na liście klejów dwustronnych!Dodatkowym atutem kleju, jest wymienna część "klejąca". Dzięki temu, nie musimy kupować całego kleju wraz z plastikową obudową. Wystarczy jedynie wkład. :)
Zdjęcie pochodzi ze strony producenta. 
Podsumowując: Jestem bardzo zadowolona. Miłym zaskoczeniem jest trwałość kleju, a także łatwość aplikacji. Wystarczy kilka ruchów, a papier pokrywa się warstwą naprawdę mocnego kleju.

Ocena: 5/5

 

środa, 2 lipca 2014

Trzysta sześćdziesiąt sześć dni temu...

No doobra. Miałam zaplanowany w głowie ten post już długo. No i miał się pojawić wczoraj. Ale jak to u mnie bywa znana jestem z roztrzepania i... od jutra dzień zaczynam od sprawdzania daty w kalendarzu. ;)
------------------------------------------------------------------------------
                                                                          1.7.2013

-Masz stresa?-Zapytała A. Od kilku sekund stałyśmy w jednej z blokowych wind. Winda z jednostajnym płynięciem przesuwała się ku górze.
-Nie...-Odpowiadam jakoś bez przekonania. A w środku cała się trzęsę. Setki przegadanych minut... Parędziesiąt wypitych, wirtualnych kaw, zwierzenia, zmagania z "niechciejem", śmiech do komputera. Chwilę, które potrafiły wyciągnąć z największego dołka... Na które czekałam z utęsknieniem i czekam do dziś...
Gardło się zaciska. Winda już prawie u celu. Wzrok wędruje do okazałego brzuszka mojej siostry.  W środku siedzi Milusia.
"Hej, mała... Nawet mnie jeszcze nie znasz, a już towarzysz jednej z najważniejszych chwil mojego życia."-Myślę.
Jesteśmy na miejscu. 
I nagle wszystko puszcza. Cały stres. Już się nie boję, tym że ją rozczaruje.
Bo jak każdy wie to co mamy na ekranie często rozczarowuje na żywo...
Ona nie rozczaruje mnie na pewno. Jestem tego pewna. 
Drzwi otwiera mi B. 
Ta B. którą tak długo chciałam ujrzeć na własne oczy. Usłyszeć tembr głosu, posłuchać, tego zaraźliwego śmiechu, o którym wspominała A.
Nie ma niezręczności. Jest Ona.
Na mój widok wyciąga ręce i zamyka mnie w ramionach...
Czy marzenia się spełniają?
Wówczas wiedziałam...BA! Byłam pewna, że tak.
I już zaraz ciasta, kawa. Przytulny salonik. 
Pokój Julki, widok z okna. Wszystko jest tak jak sobie wyobraziłam... Niesamowite.
Siostra zaczyna rozmowę z dziewczynami. Kawy zaczyna ubywać. 
W myślach zastanawiam się czym sobie zasłużyłam na takie coś? Na takie szczęście? Dlaczego to właśnie Ja miałam szczęście poznać A i B? Dlaczego to mnie A poświęciła swój WOLNY dzień? Dlaczego to akurat moje marzenia chciała spełnić?
Nie wiem... Naprawdę nie wiem. Nie zasłużyłam...
Nagle gwar cichnie a któraś z dziewczyn  pyta:
-Co ty tak milczysz?
Bo ja już tak mam... Zaniemówiłam ze szczęścia...






Z dedykacją CZTEREM (już czterem ;) ) najcudowniejszym babkom na świecie. 
A,B,K i M :*