sobota, 28 czerwca 2014

W szoku.

Oglądamy z Igorem filmik z serii "Jak narysować słoneczko".
W końcu przychodzi czas na oczka:
Ja: O. Teraz rysuje oczko. Kółeczko.
Igor: Nie. On lisiuje owal...
Ja (w szoku):  Skąd wiesz, że owal?!
Igor: Bo to siom owale. Dwa owale. Bo ja mówie, zie owale...


...No...owale...!
:O
Trzylatek mnie zagiął...

niedziela, 22 czerwca 2014

Jestem, jestem. A przynajmniej próbuje.

Dopadło mnie to czego tak nie lubię: Niechciej i brak weny. Weny twórczej.
Zdecydowanie jakoś nie po drodze mi ostatnio z blogowaniem.
Bo...hm... Sama nie wiem.
Mam wrażenie, że ostatnio nie mam o czym pisać. W okresie jakim się znajdowałam lepiej było to miejsce omijać. 
Czas wyjść na prostą. I piszę to już chyba piętnasty raz tutaj. :P
I co? 
Trochę jednak działam. 
Zewnętrznie zwłaszcza. Uczę się mniej burczeć, mniej narzekać, bardziej uśmiechać.
Wychodzi mi jakoś tak...nijako?
Za sobą mam szereg długich, poważnych rozmów, przemyśleń... 
Obecnie jest o wiele lepiej, niż jakiś miesiąc temu. 
Tylko, że...
Tylko, że boję się znów, powiedzieć, że jest i że będzie dobrze.
Bo los tyle razy zrobił mi psikusa.
To nie powiem. 
Trzymajcie kciuki, tylko tyle. Aż tyle. 
W końcu chyba znów będę sobą. Bardzo tego chce.
Pogoda wariuje. 

Dziś z mamą, siostrą i szwagrem wybrałam się nad zaporę w Naszym mieście.
Jest tak niedaleko obecnego miejsca mojej pracy, a ja byłam tam ostatnim raz w wieku czterech lat... :P
No. Więc był spacer. (Trochę na siłę mnie wydarli, przyznam. Akurat w momencie gdy włączała mi się "Burczymucha"), lody, słoneczko...
Jak wracaliśmy, to ni z tego ni z owego zaczęło się chmurzyć, padać, wiać.

Teraz znowu jest słońce. 
Bardzo niezdecydowana pogoda. I zmienna.
Zupełnie jak Ja. ;)
Dzięki jednej z moich znajomych wróciłam do hiszpańskiego.
Ale wróciłam tak naprawdę. Nie tylko ciągłym gadaniem.
Uczę się już trzeci dzień, zapał trochę większy... 
No i się ucieszyłam, bo jednak sporo pamiętam, szybko zapamiętuje. 
Może i ze mnie będą ludzie... :P

Na stażu super. Biblioteka stała się moim drugim domem, nieodłącznym elementem. 
W piątek i czwartek miałam wolne, ze względu na długi wekeend i co? I tęsknie.
Tęsknie do zapachu książek, do tłumu, do tych małych bąbli z kącika dziecięcego, do kubka kawy, pisku czytnika... 
...Nawet to klimatyzacji już tęsknie. :P
Jeśli chodzi o moje teraźniejsze życie towarzystkie to...
Leży i kwiczy. Przynajmniej w realu, bo gdyby nie "fejsbuki i inne gady" to bym chyba całkiem zdziczała.
Nastał czas zaliczeń, egzaminów, sesji...
Moi znajomi, przyjaciele, właśnie toczą walkę o być albo nie być ;)
A Ja? A Ja mogę tylko czekać, być, trzymać kciuki, tęsknić, motywować.
Niewiele, ale jednak...



Dopisek:

Za motywację do notki dziękuje Marcie :*


wtorek, 10 czerwca 2014

W górę i w dół.

Znów się uczę żyć tak jak dawniej.
Ze zgrozą zauważyłam, że od pewnego czasu zaszły we mnie jakieś zmiany, niekoniecznie pozytywne.
Albo w ogóle...?
Stałam się dawną Natalią. Zakompleksioną, wredną małpą, która zamiast patrzeć w przód widzi tylko to co było. I nie wróci.
Staram się być bardziej optymistyczna. Nie myśleć o tym, że pewne osoby zawiodły. że staż już w połowie, a od października w moim życiu znów będzie jedna wielka niewiadoma.
Październik... To dopiero za cztery miesiące. A ja już go nie lubię.

Na staż raczej nie mam wpływu, ale też nikt inny na niego nie ma wpływu. I nie ma w tym niczyjej winy i nie chowam do nikogo urazy. Taka kolej rzeczy, że coś się kończy coś zaczyna. A przecież ich nie zostawiam. Nadal będe przyjeżdżać. Nadal jako wolontariusz. Trochę rzadziej, ale będzie tak samo fajnie jak teraz! A przecież to dopiero za jakiś czas. Teraz muszę chwytać każdą chwilę spędzoną tutaj.
Ludzie? Robię selekcje, wycinam ze swojego życia wszystkie toksyczne relacje. Wymazuje ich z życia. To był ich wybór, nie mój. Niech sobie żyją z dala ode mnie. Skoro wolą. 
Nie jest to miłe uczucie. Ale przecież po jakimś czasie przestanie to tak ciążyć...

Wiem, że w końcu wszystko jak zawsze się ułoży. I tym bardziej wkurza mnie własne marudzenie. Nie zostanę sama. Wokół mnie wciąż dużo wartościowych, ceniących mnie ludzi. Są tylko oni. Tylko. Reszta się już nie liczy.
Teraz jest i tak lepiej niż było kilka chwil wstecz. Słońce świeci, na niebie ani jednej chmury.
W niedzielę Adrian wrócił z Zielonej Szkoły. Czy to możliwe, że dziecko urosło przez siedem dni? A ponoć jadł mało. Nie smakowało...  Nie ma to jak domowe żarło babci i mamy. :P
I znów się zaczęły psoty, wygłupy braci, foch z powodu zadanych lekcji.
I znów wszystko po staremu dobremu.
Ja? Prócz wyżej wspomnianych zabiegów zmian zaczęłam też od... Ruchu.

W niedzielę znalazłam to:


Zmotywowało do ćwiczeń.

Toteż sobie ćwiczę od dwóch dni, na przemian z 38 minutowym (sic! ) maratonem fitness. Dla siedzących. I pocę się i męczę i ciężko się zebrać. I pewnie niejeden kryzys przejdę. A póki co jest naprawdę dobrze, zaryzykuje nawet deklaracją, że lubię ruch.
I wiecie? Na wstępie pomyślałam, że to przecież pikuś! Pan Pikuś. Bo przecież nie można się AŻ tak zmęczyć machając rękami?
Po trzech piosenkach byłam jak mysz po porodzie. Ośmioraczków. Po trzydziestu minutach drgały mi mięśnie, woda mineralna smakowała (A nie smakuje nigdy) jak niebo, serce skakało i wariowało a oddech świszczący. I ta cholerna satysfakcja, że właśnie pobiłam swój rekord życiowy. Jeszcze nigdy tak zaparta nie byłam jak wtedy.

Mięśnie bolą. Ale bolą bo rosną i niech sobie bolą, byle by motywacja była.
A z Wami mi jej nie brak.
To co? Byle do przodu?
Jedziem z koksem, będzie dobrze.