środa, 21 maja 2014

Czasem słońce... częściej deszcz.

Bo to już tak jest. 
W sercu optymizm, aż wylatuje uszami. 
Więc dzielę się tu. Z wami. 
Bo chce.
Ale potem ZAWSZE coś się dzieje.
Albo nie dzieje się nic?
Nie wiem co gorsze.
Spada klocek, pociąga lawinę. 
Wstaje i nie mam się z czego cieszyć.
Gardło zaciśnięte, usta w grymasie.
Odstraszam ludzi swym humorem? 
Cóż. 
Nie muszę się wiecznie uśmiechać.
Jestem tylko człowiekiem. 
Człowiekiem, który za główny priorytet kiedyś postawił sobie sympatię i przyjaźń innych.
I tak było. 
Miałam kiedyś przyjaciół. Dość dużo.
Dziś została ich garstka.
Powinnam machnąć ręką? Nie umiem...
Nie umiem się uodpornić. 
Znów tracę godność. 
Znów robię to samo. A przecież sobie obiecałam.
Pierwsza dzwonię, pierwsza piszę, pierwsza odwiedzam, pierwsza zagaduje. 
Spotyka mnie obojętność. 
Znikają tematy do rozmów, jakakolwiek troska i zainteresowanie. 
Jedna, wielka niezręczność. Jak gdyby tych wszystkich lat nie było...
Zażenowana kończę więc dialog. Dialog? Nie, monolog. Mój.
A potem znów czekam. Telefon milczy.
Może i by mnie obeszło? 
Gdyby tylko nie wspomnienia. Wspólne żarty, godziny rozmów, wiele przeżyć.
I nagle traci się czujność. 
Zostaje jedno wielkie NIC.
A przecież nie wymagałam zbyt dużo?
Może tylko więcej zrozumienia, gdy podejmowałam decyzje?
Może zamiast ciągłych pouczeń i "dobrych rad" chciałam tylko usłyszeć "Będę przy Tobie, bez względu na to co będzie"?
Nie usłyszałam. 
Pytania o to, czy jestem szczęśliwa też nie.
Bo tak.  Jestem szczęśliwa. 
Nie żałuję każdej decyzji. Decyzji, które podejmuje zawsze z głową. I przyjmuje z wszystkimi konsekwencjami. 
Tylko czasem nie umiem tego okazać.
Przez nich. 
Przez "Przyjaciół na niby". 
Dla których trwoniłam czas, zabierając go tym, którzy są zawsze.
Chcę się zmienić. Nie chce ich pamiętać.
Pragnę by stali się dla mnie "znajomymi".
Niczym więcej.
Czy ja się w końcu tego nauczę?






Być może nie powinnam pewnych słów, uczuć, tu zostawiać.
Ale będę. 
Bo w końcu jak nie TU to gdzie?
Wszystkich zaniepokojonych moim stanem uspokajam-nic nowego. Jutro mi przejdzie.
Albo pojutrze.


12 komentarzy:

  1. Mnie też otacza pełno takich... ludzi. To nie są przyjaciele, nie wiem nawet czy można ich nazwać znajomymi :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta... Ja też coraz częściej pluje sobie w brodę że nazywam przyjacielem kogoś kogo tak naprawdę nie znam...
      Pozostaje się uodpornić. Jak pisałam. Szkoda, że to takie trudne.

      Usuń
    2. Wiesz ja rozumiem, że niektóre osoby po prostu nie mają czasu... Sama się na jego braku czasem łapię... Ale czasami można by się odezwać prawda?

      Usuń
    3. No właśnie.
      Bo że studia, praca, dzieci, mąż... Ja jestem człowiekiem. Też mam problemy. Ale jak to się ciągnie tygodniami, miesiącami, a na facebooku, gadu gadu ich widzę... to boli. Bardzo...

      Usuń
    4. Ale poczekam. Mam wrażenie, że ze swojej strony zrobiłam już WSZYSTKO i teraz pozostaje czekać. Milczeć. I czuje że się posypie do końca. Ale może już nie będzie tak boleć. :/

      Usuń
  2. trza było z imienia i nazwiska... bo ja nie wiem o kogo chodzi... :/ no ale o mnie sie nie martw... ja bede zawsze bo jestem sis... troche wrdeną ale już na ciebie skazaną... hahha

    ruda sis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po co z imienia i nazwiska? Te osoby nie czytają mojego bloga. To info nie zmieni ich nastawienia. I nawet nie wzruszy. No cóż.
      No biedneśmy z tym skazaniem na swe osoby... :P

      Usuń
  3. Ja miałam podobnie ake jak przestałam pierwsza się odzywać to jakoś te niby przyjaźnie poumierały. Nie przejmuję się tym, bo czy warto otaczać się takimi ludźmi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie warto... Zupełnie nie.
      Powoli do tego dorastam...

      Usuń
  4. Napiszę tak: "A chuj z nimi". Wiem, wiem- trochę wulgarnie, ale... Pamiętaj, że jestem "trochę" od Ciebie starsza i niestety w tej materii, bardziej doświadczona :) Bo wiesz- dłużej po tym świecie stąpam. Tyle, że ja się baaaaaaardzo długo uczyłam, Oj bardzo. Pierwszy taki cios przyszedł na koniec podstawówki, kiedy rozchodziliśmy się do innych szkół, potem po drodze były kolejne, bo przecież uczyć się na błędach i wyciągać wnioski? A gdzieżby tam. Zawsze każdego rozgrzeszałam, tłumaczyłam, usprawiedliwiałam... Nawet to, że mnie olewają. Ale po którymś razie, w końcu przychodzi obojętność. Najpierw oczywiście jest żal, potem złość, ale też ta na siebie, że tak długo było się naiwnym... Także Kochana, olewamy! Olewamy, bo nie każdy zasługuje na naszą przyjaźń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olewamy. Tylko potrzebuje czasu :*

      Usuń