poniedziałek, 26 maja 2014

Fajna to była niedziela.

Dnia wczorajszego siostra (czyt. Mama Mileny. Niech Będzie więc MM.
Kasiu, podoba się pseudonim artystyczny? :PP) zarządziła wypad do miejscowej galerii.

Stało się w dość historycznym momencie. 
Mianowicie, nieoczekiwanie obudziłam się w dobrym humorze, z głupawką, oraz predyspozycjami do żartów. Niekoniecznie śmiesznych.
Usłyszawszy więc o planach, co się "szopingiem" zowią ucieszyłam się bardzo.
Przy okazji kupiłam chłopcom i Milenie prezenty z okazji dnia dziecka.
A potem? Potem? Potem chyba łatwiej wyliczyć już czego nie kupiłam.

Nie kupiłam więc:
  • Butów.-Bo wszystkie za małe. A że jest upał to moje nogi postanowiły sobie spuchnąć. I mają foch na wszelakie obuwie.
  • Bluzki, spodni.-Reszta ciała też spuchnięta. Tu i ówdzie. Permanentnie. Szkoda, że po upale im nie przejdzie... :( :P
  • Książek w empiku.-Bo w bibliotece taniej. Za fri. :P W dodatku J. Picoult była aż jedna. Grochola dwie. Obydwie czytałam.
  • Preparatu spulchniającego 3d do kartek- Bo kolory były passe. 
  • Tasiemki ozdobnej samoprzylepnej - Bo nie było takiej jak sobie zamarzyłam.
  • Zejna, czy innego Harrego z zespołu "Łan dajrekszyn" dla Oli. Z plastiku, kartonu, czy innego badziewa. Ale na komodę. Juhu.- Bo lubię moją siostrę, ale bez jaj. Ale dzięki Bogu inteligentnie nie naciskała. I nawet się bardzo nie rzucała po podłodze...
  • Szafki z kartonu na dupeszwance-Bo były fioletowe. Teraz? Jak zmieniam koloryt pokoju?! Bujać się!
  • Lusterka powiększającego- Bo się przejrzałam. A ja chce spać spokojnie.
Kupiłam zaś: Kostki 3d z klejem do obrazków. Na kartki.
Ale zgubiłam. 
W tesco.
...Przemilczmy.

A na koniec perełka.
Lepimy z Igorem plasteliną:
-Cio to? Piesek?

-Tak
-A źlobis mu oćka?
-Tak
-O, to świetnie!

o.O


piątek, 23 maja 2014

"Ale to już było... i nie wróci więcej."

Na wstępie dziękuje WSZYSTKIM, którzy po poprzednim wpisie byli dla mnie tak wielkim wsparciem.
Jest lepiej.
Zdecydowanie.
Skupiłam się teraz na osobach, którym naprawdę na mnie zależy. 
Którzy są ze mną, potrafią opierniczyć gdy trzeba, doradzają tylko gdy poproszę i konsekwentnie znoszą moje wzloty i upadki.
Obecnie właśnie usiłuje wzlecieć.
Ostatnie notka mi pomogła. 
Choć nie rozwiązała wielu spraw.
Ale pomogła, chociażby dlatego, że pozwoliła mi się wygadać.
I poukładać wiele rzeczy w głowie.
I choć żal nadal jest... już potrafię się uśmiechać.

Wczoraj dzięki Anecie spędziłam naprawdę świetnie czas.
Te kilka godzin naprawdę mi pomogło. Dziękuje Anetko :*
Były lody, kawka, rozmowa w gronie PRAWIE całej mojej rodziny, śmiechy, trochę powagi, i rozmowy, rozmowy. Oj, nagadać się nie mogłam! 
Od grudnia się tego nazbierało sporo :D
Dziś zaczynam weekend, duchota i skwar jest! 
Trudno uwierzyć, że RÓWNIUTKI tydzień temu było niebezpieczeństwo powodzią.
Ale ja lubię lato, lubię duchotę i nawet burzę troszeczkę już lubię.
I w końcu nie uśmiecham się na siłę... :)

środa, 21 maja 2014

Czasem słońce... częściej deszcz.

Bo to już tak jest. 
W sercu optymizm, aż wylatuje uszami. 
Więc dzielę się tu. Z wami. 
Bo chce.
Ale potem ZAWSZE coś się dzieje.
Albo nie dzieje się nic?
Nie wiem co gorsze.
Spada klocek, pociąga lawinę. 
Wstaje i nie mam się z czego cieszyć.
Gardło zaciśnięte, usta w grymasie.
Odstraszam ludzi swym humorem? 
Cóż. 
Nie muszę się wiecznie uśmiechać.
Jestem tylko człowiekiem. 
Człowiekiem, który za główny priorytet kiedyś postawił sobie sympatię i przyjaźń innych.
I tak było. 
Miałam kiedyś przyjaciół. Dość dużo.
Dziś została ich garstka.
Powinnam machnąć ręką? Nie umiem...
Nie umiem się uodpornić. 
Znów tracę godność. 
Znów robię to samo. A przecież sobie obiecałam.
Pierwsza dzwonię, pierwsza piszę, pierwsza odwiedzam, pierwsza zagaduje. 
Spotyka mnie obojętność. 
Znikają tematy do rozmów, jakakolwiek troska i zainteresowanie. 
Jedna, wielka niezręczność. Jak gdyby tych wszystkich lat nie było...
Zażenowana kończę więc dialog. Dialog? Nie, monolog. Mój.
A potem znów czekam. Telefon milczy.
Może i by mnie obeszło? 
Gdyby tylko nie wspomnienia. Wspólne żarty, godziny rozmów, wiele przeżyć.
I nagle traci się czujność. 
Zostaje jedno wielkie NIC.
A przecież nie wymagałam zbyt dużo?
Może tylko więcej zrozumienia, gdy podejmowałam decyzje?
Może zamiast ciągłych pouczeń i "dobrych rad" chciałam tylko usłyszeć "Będę przy Tobie, bez względu na to co będzie"?
Nie usłyszałam. 
Pytania o to, czy jestem szczęśliwa też nie.
Bo tak.  Jestem szczęśliwa. 
Nie żałuję każdej decyzji. Decyzji, które podejmuje zawsze z głową. I przyjmuje z wszystkimi konsekwencjami. 
Tylko czasem nie umiem tego okazać.
Przez nich. 
Przez "Przyjaciół na niby". 
Dla których trwoniłam czas, zabierając go tym, którzy są zawsze.
Chcę się zmienić. Nie chce ich pamiętać.
Pragnę by stali się dla mnie "znajomymi".
Niczym więcej.
Czy ja się w końcu tego nauczę?






Być może nie powinnam pewnych słów, uczuć, tu zostawiać.
Ale będę. 
Bo w końcu jak nie TU to gdzie?
Wszystkich zaniepokojonych moim stanem uspokajam-nic nowego. Jutro mi przejdzie.
Albo pojutrze.


środa, 14 maja 2014

Notka numeryczna.

  1. A kuku. Czy Wy widzicie jakąś powódź może? Bo straszą... straszą... A ja nic nie widzę! Co jakiś czas deszcz pada, nie powiem, czasem nawet dość mocno. Ale przejeżdżałam dziś obok dwóch wód i co? Poziom nawet się nie podniósł...  A tu jakieś sztaby kryzysowe, pogody długoterminowe, debaty, konferencje... Histeryczkują, czy przeczuwają? Wolałabym wersje pierwszą. Co prawda dom mój usytuowany jest na wzgórzu, aczkolwiek przymusowe wolne od pracy, czy też oglądanie zalanych gospodarstw w tv  mnie się nie uśmiecha.
  2. Miluśkę mi zabrali. Wakacjowało się u dziadków to moje trzecie słońce, aż półtora tygodnia. I pewnie było by dłużej, gdyby nie smutny fakt- Igor pawiszonuje, brzuch boli. Przymusowe L4. Załapał się natomiast na urlop mamusi, więc mu raźniej. Natomiast nie przyszedł jeszcze dziś, pewnie leży biedaczysko... No dobra, on rzadko leży... bądźmy szczerzy... (O widzicie? Nawet się zrymowało. :P). A w domu cisza. Nikt nie gaworzy, nie ciągnie za włosy, nie trzeba być cicho, bo śpi. I nikt nie uśmiecha się do mnie całymi trzema ząbkami. Całkiem do chrzanu. Słomiana ciocia, powiadam Wam. :(
  3. Muszę się Wam pochwalić. Moja karteczkowa akcja, o której kiedyś wspominałam całkowicie się przyjęła! Doszło do tego, że musieliśmy na karteczki znaleźć jakieś dobre miejsce, żeby się nie poniszczyły. A dziś do domu przytachałam papier kolorowy, oraz bibułę i zamierzam dzieciakom coś do dalszego tworzenia przygotować. Widzieć ich zapał do roboty, kolorowe karteczki, uśmiech, gdy się pochwali? Bezcen... 
  4. Z racji iż bloga zaniedbałam przygotowuje właśnie szereg notek tematycznych. To nic że z trzydziestu zrealizuje ze dwie... Może i mam słomiany zapał, ale liczą się chęci :PPPP
  5. Pozdrawiam, pamiętam, uwielbiam. :*

poniedziałek, 12 maja 2014

Wózkowiczem być: Ciociu a Ty byś chciała chodzić...?

Bo takie pytanie zadał Adek. Kilka tygodni wstecz.
Podniosłam głowę znad malowanki lekko oniemiała, bo się nie spodziewałam. A w głowie jakby pustka. Pierwszy raz nie wiedziałam co odpowiedzieć dziecku. Odpowiedziałam więc dość mało inteligentnie: "Właściwie to nie wiem." On nie drążył tematu. Mój mózg owszem.
Jestem osobą wierzącą. Mocno wierzącą.  Nie tylko dlatego, że jestem wychowywana w duchu religii katolickiej. Po prostu mam ku temu powody, by wierzyć. I już.  Wierzę w cuda, wierzę w uzdrowienia.
Ale jestem również realistką.
Naprawić coś co po prostu źle się zrosło jeszcze gdy byłam wielkości pudełka zapałek?
Takie coś się nie zdarza. Choć inni, później narodzeni już te szansę mają. Medycyna poszła w przód. 

Obecnie moją chorobę się operuje jeszcze w łonie mamy.
Czasami nachodzi myśl. A gdybym się urodziła później? A gdybym była na tyle wcześnie zdiagnozowana, że mogłabym używać choćby balkonika?
Ale nie. Kilka lat przed moim narodzeniem dzieci z rozczepem kręgosłupa umierały.
Ja urodziłam się, przeżyłam dwie operacje. To jest mój sukces. To jest od "tego na górze" mój przydział.
...On też mi dał wózek po coś.
Nie wiem czy wiecie. Nienawidzę zmian. Moją dziwną manią jest planowanie. Planowanie weekendu, planowanie następnego dnia. Zawsze w wersji wyłącznie optymistycznej.
"Plany swoje, życie swoje..."

Tak samo jest z innymi zmianami. Jak zmieniam miejsce zamieszkania to nie śpię. Jak zmieniam wózek to mi w nim nie wygodnie. Jak zmieniam społeczeństwo to mi obco... I tak można wyliczać. A każda z tych rewolucji w życiu jest u mnie okraszona nerwami, emocjami. Tak, jestem choleryczką, histeryczką...

Więc czy chciałabym zmienić swoje dotychczasowe życie?  Bo życie na wózku to jest moja codzienność. Nigdy nie chodziłam. Nie znam innego życia.
Gdybym chodziła Adrian i Igor nie byli by tolerancyjni.
Gdybym chodziła nie poznalabym tylu ludzi. Wspaniałych ludzi.
Gdybym chodziła nie dowiedzialabym się że należę do zaledwie dwudziestu procent osób z moim schorzeniem bez wodogłowia.
I miałabym wszystko. Chłopaka, może już nawet dziecko, pracę i tabun przyjaciół.
... I nie docenilabym niczego.

Przesada ? Nie. Tak ma przecież każdy. Ma i nie docenia. Ja sama zazwyczaj widzę więcej tego co osiągnęłam niż to co posiadam. A wtedy było by gorzej.
Niepelnosprawnosc to moje życie. Moja codzienność. Mój  egzamin. Nie zawsze zdany. Bo choć się czasem użalam nie chce nic zmieniać.
Bo wtedy nie będę sobą.

czwartek, 8 maja 2014

!!!!

Bóg jeden raczy wiedzieć ile ja właściwie razy zbierałam się za tę notkę?
Piętnaście? Albo i więcej.
Aczkolwiek zawsze coś. Najczęściej przeszkadzał On-kolega "Niechciej".

A jak patrzę na to ile notek napisałam w tamtym roku, to naprawdę-mam wyrzuty sumienia...
Ale próbuje z tym walczyć. Dobrze by było napisać jedną notkę w tygodniu.

Dobrze by było, ale czy się uda to już wielka niewiadoma.
U mnie wszystko Ok. No może poza pogodą i chorobami.
Wczoraj było gorąco, że usiedzieć nie mogłam. Upał dawał popalić. Dziś jest zimno.
A ja od kilku dni (dwóch tygodni?) kaszlę jak opętana i nie mogę przestać.

I wiecie co? Wcale się nie dziwię. Skoro cały czas się zmienia, a do tego powietrze pełne pyłków, to już nawet mój układ oddechowy powiedział dość.
I tak się inhaluje, syrop łykam, ba! nawet czasami poleguje!
I co?
GUCIO...
Nienawidzę chorować, nienawidzę kaszleć. Chce pospać więcej niż sześć godzin.
Buuuu :(




Napiszę! Niedługo! Nie ma to tamto!