czwartek, 26 września 2013

Igotkowe dialogi i Adriankowe sukcesy

Ku pamięci(bo pamięć mam dobrą, tylko krótką.):
_________________
-Igor? Co tam?
-Jeje!
-Leje!?
-Tak!
___________
-Jak było w przedszkolu?
-Bobzie...
-A co było na obiad?
-Bupa
-Zupa?
-Yhy
-Z czym ta zupa??
-Z am!
-Z makaronem może? A były ziemniaki? |
-Tak
-A kompot był?
-Ne, kok.
-Sok? A nie kompot?
-Ne, kok.
-Aha i wypiłeś?
-Ne.
-Przecież lubisz sok... To może jednak był kompot?
-Ne. Ata*

*Ata-Herbata
_____________
Igor szuka brata:
-Gdzie dudu adi?! Nie ma dudu Adi!!
______________
Na widok łóżeczka turystycznego (obecnie Milenki)
-O! LILI!*
*Lili-Mili
____________
-A z kim się bawiłeś?
-Z Ajuś.
-Ajuś? Hm... z Olusiem?
-Ne.
-Z Piotrusiem?
-Ne.
-Z Arturem?
-Ne
Wyszukuje chwile w głowie po czym przypominam sobie:
-Z Amadeuszem?
-TAK! AJUŚ
:))
________________
Igor dziś rano do ubierającej go mamy
-Ciekaj Misiu...


A Adrian za to był na basenie wczoraj- ze szkołą i:
-Ciociu, umiem już zamoczyć łeb!
No szacun :))))


A już w sobotę... chrzcimy Milenkę :))

sobota, 21 września 2013

No nie umiem, no!

A czego?
Trzymać języka za zębami...
I emocji. Bo w chwili, gdy kilka rzeczy ma szansę się zmienić, to trudno jest milczeć.
I nie mam zamiaru...
 Na początku po prostu nie chciałam zapeszać, ale czego tu zapeszać.
Teraz nie zapeszę! Bo zrobię wszystko, by się udało!
A o co chodzi?

Otóż pojawiła się szansa. Obóz na którym byłam ma swoją kontynuację jako staż. Staż, który miałabym zacząć już niebawem... Trzymiesięczny.
Pikanterii dodaje fakt, że miejscem, w którym miałabym"stażować"  to... biblioteka. :))
Ta sama, do której uczęszczam jako wolontariusz!!
Dla mnie bomba!!! Kocham to miejsce, tych ludzich, ten klimat!
Więc, gdy dyrektor biblioteki napisał do mnie, że się uda dostałam euforii. Nieprawdopodobnej euforii...
Euforii, którą szybko zastąpiły obawy...
Okej. Jest staż. Są pieniądze. Może się udać...
Ale... DOWÓZ.
No i padł na mnie blady strach...
Bo skoro gmina mi nie udostępniła dowozu bym mogła się uczyć, to niby czemu ma mi go udostępnić na staż?
No więc była histeria.
Potem krótka rozmowa z Anetką (:* dziękuje...), która uświadomiła mi jedno-Cokolwiek się stanie nie zostanę z tym sama...
Bo może się uda? Przecież nawet w urzędach siedzą po prostu ludzie. Ludzie z sercami.
I chyba czas zacząć bardziej ufać ludziom? Bogu? Sobie?
Przecież nic nie jest przekreślone.
Są szanse.
I są cudowni ludzie. Moja rodzina, moi przyjaciele.
Gotowi mi pomóc, wesprzeć.
Wozić nawet, gdyby się nie udało z gminą!
I choć jestem raczej typem osoby czarnowidzącej, choć mam jakieś obawy, to tym razem mam  też w sobie jakąś wiarę i siłę.
Przecież nie mogę przegapić szansy wyjścia z domu, do ludzi. 
I tym razem się uda.

Bo ja pójdę na ten staż ! Choćby nie wiem co...
...Prawda...?

czwartek, 19 września 2013

Igotkowe dialogi

Chodzi do przedszkola już prawie miesiąc.
A ja już wiem, że to cudowny pomysł.
Igor od kilku tygodni przechodzi jakiś skok rozwojowy.
Nie nadążam zapamiętywać jego słówek, bo produkuje je non stop.
I cóż tu zrobić? Należy pisać na bieżąco, notować, zapamiętywać...
I słuchać...
I słuchać...
A słuchać go to już tylko sama radość... :))


-------------
-Igor?-Zagaduje małego dzisiejszego wieczoru-Co się mówi do Bozi??
-"Amem"
Istotnie.
;))



PS Od dziś ważą sie moje losy... Moje być albo nie być... Nie powiem o co chodzi. Tym razem zapeszyć nie mogę. I już.
Wiedzą tylko nieliczni... I Wy niedługo się dowiecie... Mam nadzieję, że będą to same dobre wiadomości...
A tymczasem... trzymajcie kciuki?

środa, 18 września 2013

Tia...


No tak.
Za dużo tego dobrego.
Plany były. Znów. A jakże.
Może ja po tych dwudziestych latach powinnam przestać planować??
(Planować, to u mnie marzyć...no więc średnio wykonalne, zważywszy na moją marzycielską naturę.)
Więc dziś plany też nie wypaliły.
A w planach była biblioteka. A w bibliotece szukanie super ważnych książek dla pewnej osoby, trochę hiszpańskiego...
A potem! A potem miała być długo wyczekiwana kawa u Anety.
I tak! To wszystko MIAŁO BYĆ.
Miało...
Ale już na obozie mój organizm dawał znać, że to co się z Nim dzieje dalekie jest od normy...

No. A potem przeszło. Swoje samopoczucie zwaliłam na zmianę diety.
I co?
I wypiłam wczoraj kubusia, zjadłam przed wczoraj chipsy...
Uśpiłam czujność.'
"W nagrodę" otrzymałam jelitówkę.
I leżenie w łóżku...
I kolejne rzeczy "na potem"...
Ja nienawidzę leżeć w łóżku!!
Wrrrrr!
 Ale co? nie ma wyjścia! choroby należy wyleżeć!
Zresztą na nic innego nie mam ochoty...
I tylko mi się nudzi strasznie.
A mówiłam że inteligentni się nie nudzą?
Szlag... Zapomnijcie :P


wtorek, 17 września 2013

No bo miało być tak...

Plan był! A jakże!

8:00 Pobudka.
9:00-11:00 Komputer.
12:00-13:00-Kartki
13:00-14:00-Hiszpański
14:00-15:00-Leżenie +czytanie
I tak dalej....
I tak dalej...

Bo na obozie stwierdziłam, że skoro Iguś poszedł do przedszkola, to ja muszę mieć usystematyzowany dzień.
I że muszę się obudzić wcześniej, bo jak będe wstawać o równej godzinie, to będę się trzymać ściśle planu...

Więc rozpisałam sobie na tip top dzień.
Pobudka na ósmą.
Ale mama pojechała do miasta.
Położyła obok wózek, cobym sama sobie weszła. Wsio przygotowane.
I jeszcze słyszałam jak wychodzi... Nie popatrzyłam która to godzina. Obiecałam sobie, że zaraz wstanę...
I na chwilę zamknęłam oczy...
Odpłynęłam.
No przecież zaledwie na pięć minut!!!
I wstałam.
Jak wróciła mama.
Na zegarku 10:40
Spałam nadprogramowe 2 godziny!
O *&$#@!
Ożesz psiakrew!!

I co? I co? wystarczyło tylko nastawić budzik! A teraz dzień ucieknie mi szybko... Za szybko.
Nastąpiła całkowita zmiana planów, przeorganizowanie, przemeblowanie...
Ble! Nie znoszę!

Dobrze, że jutro biblioteka... Przynajmniej wstanę o ludzkiej godzinie ;))


PS A  wczoraj okazało się, że w hotelu na obozie została ładowarka. Jak to dobrze, że koleżanka znalazła i odesłała... I powiedzcie? czy ja kiedyś zmądrzeje?!



PS 2 To mój sto osiemdziesiąty (łącznie z obydwoma wcześniejszymi blogami) post... :))

niedziela, 15 września 2013

Obóz aktywizacji zawodowej 8-15 Września.-Dziennik



Ciekawe kto dobrnie do końca? ;))

Pamiętnik z warsztatu:



Dzień pierwszy:
     Przyjechałam o jedenastej w południe. Najbardziej cieszył mnie fakt, że pożegnałam się z chłopcami! Co było bardzo trudne. Wiadome jest, że pożegnania są najtrudniejsze, ale obiecałam sobie, że nie pęknę.
      Ośrodek jest tym samym, co przed rokiem. Znajome tereny podtrzymują mnie na duchu, czuje się tu mniej obco. Czekałam godzinę, aż wszyscy dojadą czytając w tym czasie ebooka na komórce.
     Potem obiadek, oficjalne przedstawienie uczestników i kadry i testy sprawnościowe. Tu musiałam chwilę poczekać, ponieważ były drobne problemy z moim aktywnym wózkiem. Testy przeszłam dostatecznie. Potem przy wracaniu z hali do ośrodka zapomniałam, jaki mój wózek jest wywrotny i... rympsłam jak długa!! Na szczęście nie był to jakiś groźny upadek, a jedynie fikołek do tyłu i na strachu się skończyło.
     W hotelu odpoczynek po obiedzie, przeczytałam trochę książki. Potem oficjalne przedstawienie. Okazało się, że z osiemnastu ludzi tylko czworo porusza się na wózkach. Reszta miała inne schorzenia.
     A potem kolacja i... Spacer.
      SPACER?! Jezus! Takiego wycisku nie dostałam cholera już dawno!! Klęłam, pociłam się, ciskałam gromami, ale przejechałam naprawdę dłuuuugi, pół godzinny maraton!! Ponoć dałam radę i byłam naprawdę dzielna!!
    A teraz spać...

Dzień drugi:
    Wiecie? Wśród obozowiczów, przed rokiem panowała terminologia psychologiczna- "Kryzys dnia drugiego". A ja? Cóż... Jestem tego podręcznikowym przykładem... Za mną cholernie trudny dzień.
     Za mną naprawdę ciężki dzień. Płakać się chciało jak cholera! Nie myślcie, że chce wracać. To znaczy chce! Ale w niedzielę-jak każdy! Chce dać radę i uwierzyć w to, że wytrzymam! Jest mi tu bardzo dobrze! Wszyscy tutaj są wspaniali, każdy chętny wesprzeć w każdej sytuacji, doradzić, pogadać... Czuje się przy nich bezpieczna i lubiana. Ale tęsknota za domem jest silna... Brakuje mi chłopców, własnego pokoju...
     Brakuje mi moich przyjaciół, bloga, mojego kubka kawy, psa...Najchętniej po prostu zabrałabym ze sobą pięć autokarów ludzi... By byli ze mną w te dni. Ale nie mogę. Teraz jestem tutaj... I dam radę! Każdy by dał, więc czemu nie ja?
     Dzisiejsze zajęcia bardzo ciekawe i sympatyczne!
     Najpierw zajęcia z coachingu - czyli wykładom, które miały nas zmotywować do spełniania swoich celów. Bardzo fajna sprawa!
     A potem czas na... relaks! Joga okazała się strzałem w dziesiątkę!! Porozciągałam się, poleżałam na mega wygodnym materacu i zrelaksowałam się... Zatrzymałam... Odpłynęłam...
      I zajęcia kondycyjne. Odprężające, ale wymagające sporego wysiłku :)
     Następnie mecz piłki toczonej. Zostałam kapitanką jednej z drużyn-która zresztą okazała się drużyną wygraną. :)
     Dwuminutowy telefon do domu, kolacja i... maseczki!
Zuza (:*) jedna z naszych kadrowiczek przygotowała nam owocową ucztę dla naszej skóry. Podczas przygotowywania maseczek nie jednemu ciekła ślinka!
     A potem kąpanko i spanie. :) Mam tu jak w raju i mimo tęsknoty nie żałuję, że tu jestem...

Dzień trzeci:
     Dzień bardzo intensywny. Z rana moja grupa miała zajęcia basenowe. Ja ze względów zdrowotnych do domu nie wchodziłam, dlatego podążyłam na... Siłownię! Na miejscu standardowa rozgrzewka, dwa kółka wokół sali gimnastycznej. W siłowni ćwiczenia na gumie thera band oraz obciążnikami na dłonie. (Kilogram każdy!!) z Marcinem i Karoliną (:*)
     Po wszystkim przyszedł czas na zajęcia z asertywności! Bardzo fajna sprawa!! Pozwoliła nam spojrzeć na siebie z innej strony i przestać bać się wyrażać własne zdanie!!
Następnie obiadek, godzina leżenia i... pierwsze zajęcia z doradcą zawodowym! Prowadząca to fajna kobieta mająca naprawdę oryginalne i ciekawe pomysły! Zwieńczeniem całego dnia była ciekawa pogadanka nt. sportu.
     A ja muszę pochwalić samą siebie, gdyż dziś nie pozwoliłam sobie na łzy mimo naprawdę ciężkich momentów. Nie jest lekko. Coraz bardziej tęsknie za chłopcami, za Milusią... Jutro środa. Ktoś bardzo mądry powiedział mi kiedyś, że "środa minie, tydzień zginie" :))  A do tego stuknie Nam równiutka połowa obozu.
     Dam radę?
     No nie mam wyjścia...


Dzień czwarty:
     Dziś bardzo długa sesja z doradcą zawodowym. A potem technika jazdy. Na technice zostałam pochwalona. Moim zadaniem było nauczenie się balansu, (czyli po prostu postawienie wózka na dwóch tylnych kołach.). Pociłam się, męczyłam i... pomimo, że z asekuracją powoli zaczynam łapać, o co w tym chodzi. Gdy skończyły się zajęcia przeszliśmy do góry z hali, do pomieszczenia z bilardem i ping pongiem. Na miejscu zademonstrowałam swoje umiejętności. (Nadal z asekuracją) balansowałam prawie minutę i zebrałam gromkie brawa.
Aż się zarumieniłam ;)))
     Jestem tu cztery dni. Czas dłuży się niemiłosiernie.. Wybita z rytmu dnia nie bawię się z chłopcami, nie robię kartek, nie piszę. Nie żyję jak wcześniej i zaczynam powoli tęsknić do starego rytmu zmian. Ot-zmiany są nie dla mnie… Jedyne, czego nie mogę to się poddać i wrócić do domu. Nie teraz. Niedziela już niedaleko.
     Dam radę. Chyba.

Dzień piąty:
     Dziś Dwie sesję z doradcą zawodowym trwające kilka godzin. Pod sam koniec moja aktywność zaczęła maleć i musiałam się sporo namęczyć, by móc wysłuchać wykład do końca. Sam wykład był oczywiście świetny! Po prostu ja nie mogę robić czegoś zbyt długo, bo mój umysł zaczyna się męczyć i tracę kontrolę. Ziewam, wiercę się, jestem niespokojna. Mam to od zawsze… Cholerne ograniczenie, którego nie znoszę…
     Potem moja grupa miała jazdę na hand bike, czyli specjalnych rowerkach dla osób niepełnosprawnych ruchowo. Ja słynąca z mojego baardzo niskiego wzrostu okazałam się za mała jak na pojazd (szkoda, że tylko wzrostem, bo cholera rosnę wszerz…, ) ale pojechałam sobie na wózku i poćwiczyłam ręce! J
     A reszta śmigała jak oszalała :D
     Potem bardzo, bardzo bardzo fajne zajęcia z motywacji i technika jazdy. Pokonywanie przeszkód jest cholernie trudne. A dodać do tego mojego cykora… Kompletna katastrofa…  Ale! Koniec końców dałam radę! Wszystko powoli… Na spokojnie…

Dzień szósty:
     Za nami ostatnie już zajęcia. Zleciało jak cholera!! Wierzyć się nie chce!!
     Dziś rano wstałam nieprzytomna, po słabo przespanej nocy… Nie czuje się fizycznie najlepiej. Mam problemy żołądkowe wynikające z nagłej zmiany trybu życia. Tutejsza kuchnia mimo że przepyszna jakoś mi nie służy… Dlatego jutro zmuszona jestem przejść na dietkę…
     Od rana miałam ostatnie już zajęcia z doradztwa zawodowego. Na tapetę poszło CV, a nasza doradczyni włączyła nam fragmenty seriali „Rodzinka pl” oraz „Ja to mam szczęście” z wybranymi scenami na temat poszukiwania pracy. Było mnóstwo śmiechu! Super uzupełnienie zajęć!!
Potem technika jazdy. Gdy już sobie poćwiczyliśmy przyszedł czas na relaks-rzucanie lotkami i gra w kosza. Kupa śmiechu i zabawy J)
Potem nasz kolega z grupy Damian (czółko!), studiujący psychologię poprowadził wykłady na temat naszych praw… Dowiedzieliśmy się trochę o dziedziczeniu, czy o rencie… Bardzo potrzebna sprawa!
I to były już ostatnie zajęcia… Jutro testy sprawnościowe i moc atrakcji na ten ostatni dzień… Pojutrze będę w domu… Wierzyć się nie chce…



Dzień siódmy:
     Ostatni dzień. Testy sprawnościowe (takie jak te na początku.) Zaliczyłam je z wynikiem dość zadowalającym. Najbardziej męczące bo ćwiczenie, podczas którego przez sześć minut(!) musieliśmy bez chwili wytchnienia (!!) robić slalomy wokół dwóch rozstawionych butelek. Ostatnim razem było to jedenaście okrążeń. Dziś dobrnęłam piętnastu.
     Więc jak dla mnie bomba. Potem krótki wypoczynek, obiad i… wyjazd do kina!! Zdecydowaliśmy się podzielić na grupy. Do wyboru było coś z fantasy oraz film o powstaniu warszawskim. I nie wiem co właściwie podkusiło mnie do pójścia na fantasy? Film był… Nie w moim typie. Ale wielkie, naprawdę wielkie ukłony dla grafików. Obrazy demonów były tak rażące, że większość filmu spędziłam patrząc w podłogę. Mając dobrą pamięć fotograficzną, gdyby któreś z demonów niespodziewanie przypomniałoby mi się w nocy to… Hm… Zawał na miejscu :P
     Powrót z kina. Przebieramy się. Z pomocą Zuzy i Małgosi, które to z prawdziwą perfekcją wykonały mi bardzo ładny makijaż i fryzurkę. Na imprezie rozdanie dyplomów, żarełko, rozmowy. Spokój i luz…
     Wyszłam grubo po dwunastej. Obecnie jest prawie druga w nocy. A ja właśnie się ukąpałam i powieki same opadają. No koniec! Czas spać.
     Jutro o tej porze będę w domu…

Dzień ósmy- ostatni:
     Obudziłam się w wyśmienitym humorze. Wygrałam! Dałam radę! Przetrwałam! Było cholernie ciężko.
Po toalecie i pakowaniu zeszłam na dół by zjeść śniadanie. Ale jakoś nie miałam ochoty jeść, więc jedynie uraczyłam się soczkiem jabłkowym. Jeszcze w trakcie gdy byłam na jadalni okazało się że rodzice już są.
     Pożegnanie. Ścisk gardeł. Obietnice utrzymywania kontaktów… Powrót do domu.
     W domu powitanie z  Igusiem i Adusiem. Boże, jak mi tych małych wariatów brakowało! Dostali od cioci dyszkę  J) . Igorek zaskoczył planami. Za pieniążki od cioci kupił sobie „kok bubuś” ;) (czyt sok Kubuś ;)) Potem odwiedziła Nas  Milena. Nasze kociątko jest już coraz większe i coraz piękniejsze. Oczy niebieskie i wielkie, włoski mięciutkie. Pachnąca oliwką… Jest cudowna. Wszyscy troje są..



Kochani… A teraz składam podziękowania. Wam wszystkim którzy tak wspierali mnie podczas tego niełatwego dla mnie tygodnia.
Specjalne podziękowania należą się Gosi, Magdzie, Karolinie, Kindze, Zuzi i Klaudii oraz Marcinowi. Moim aniołkom dzięki którym czułam się tak wspaniale. DZIĘKUJE! :* Nigdy wam tego nie zapomnę…

A ja wracam powoli do siebie… Mam przy sobie rodzinę, swój pokój, swoje karteluszki, mój blog, moich przyjaciół i te wspomnienia… A to znaczy, że mam wszystko… 



A teraz coś z serii "tego w domu nie róbcie"
Nie wiem jak Wy, ale ja miałam szczenę w okolicach podłogi...










A kuku!!

Jestem.
Przeżyłam.
Tęskniłam jak cholera!
Niedługo dziennik obozowy ;))

sobota, 7 września 2013

...Spakowana...

I przygotowana.
Mogę jechać.
I chce.
Ale najchętniej bym wzięła całą rodzine ze sobą.
Uff, właściwie, to czuje, że emocjonalna pępowina przecięta nie została.
A powinna. Dwadzieścia lat to nie przelewki.
Czas dorosnąć i spiąć tyłek.
Pojadę, przeżyje. Rok temu też przeżyłam, nawet dwa dni dłużej niż to będzie teraz.
No nie??
A tymczasem... Do przyszłej niedzieli jestem tylko pod komórką :))
Trzymajcie kciuki i już tęsknie!! :*