czwartek, 28 lutego 2013

Z "pola boja"

A wszystko zaczęło się wczoraj...
Igor od kilku dni ściągał buciki.
W pamięci miałam swoją własną siostrę, która mając buty na nogach dostawała tzw szajby i najchętniej wolała chodzić boso.
Dlatego myślałam po prostu że Igor wkracza w nowy etap rozwoju pt "Buciki ble"

Ale o tym jak się myliłam przekonałam się wczoraj.

Igor zazwyczaj biegający niczym strzała zaczął utykać na nóżkę.
Chodził na palcach, albo włóczył za sobą nóżkę, a i buciki częściej lądowały na podłodze.
Potem z pracy wróciła siostra. Mały bawił się w pokoju, a co wstawał to popłakiwał i trudno było mu chodzić. Wolał chodzić na czworaka, lub na kolanach i widać było że coś mu dolega.
Natomiast gdy spytaliśmy gdzie go boli wskazywał kość ogonową.
Na pewno wiecie jak bardzo nas to zaniepokoiło...

Zareagowaliśmy błyskawicznie, siostra zadzwoniła do lekarki rodzinnej, która po przyjeździe stwierdziła, że chód małego na prawdę jest niepokojący i skierowała małego do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.
Szpital w którym ja sama spędziłam bardzo dużo swojego dzieciństwa i z którym miałam raczej nieprzyjemne wspomnienia. Ma on jednak niezbędną aparaturę, oraz znających sie na rzeczy lekarzy, wiedziałam więc że trafia w dobre ręce.

Siostra poprosiła bym Smsem wysłała jej numer na SOR, po czym zadzwoniła i czekał tam na nich lekarz.
Nie zapomnę tych trzech godzin...
Ja zmartwiona, mama z siostrą i małym w tym szpitalu, wystraszony Adrian, przy którym musiałam być twarda.

A lekko nie było... Siostra spakowała torbę, na wypadek gdyby musiała zostać. Ja na samą myśl, że mógłby zostać prawie beczałam.
Tylko fakt że musiałam pomóc Adrianowi w zadaniach i uspokoić go trzymał mnie w ryzach i sprawił że nie histeryzowałam.

Igor na szczęście wrócił jeszcze tego samego dnia.
Krótkie badanie lekarza, wywiad z którego dowiedział się, że mały chorował i można  było postawić diagnozę: Zapalenie stawu biodrowego
Odetchnęliśmy z ulgą bo chociaż choroba jest uciążliwa, to wyleczalna i nie groźna.
Mały dostał ibuprom dla dzieci, oraz... przykazanie by nie stać i nie chodzić...

Próbowaliście kiedyś wytłumaczyć dwulatkowi, że nie może chodzić przez tydzień ani nawet stać?

Przecież nie wykonalne jest czasami utrzymać takiego szkraba w łóżku a co dopiero pozwolić mu wyłącznie siedzieć?
Mogę tylko powiedzieć, że Igor jest cholernie dzielnym chłopakiem.
Co jakiś czas gdy spuścimy go na moment z oczu wstaje i chce iść, jednak szybko musimy go pacyfikować.

Siostra dziś do czternastej pracuje, więc na zmianę próbujemy wynagrodzić małemu te niedyspozycję.
Gdy widzę jak próbuje się poderwać do stania to serce mi się kraje...
Z drugiej strony dziękuje Bogu że to TYLKO zapalenie które mu minie, bo bałam się.
Jak cholera.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie można się aż tak przywiązać i pokochać nie swoje dzieci...
Bzdura. Można. Wczoraj czułam się jakby zachorowało moje własne dziecko.
No! W końcu nie bez powodu mówię do moich sióstr, że ich dzieci to moje "współdzieci" :D
A teraz cóż. Wracam na pole boju i walczę z żwawym temperamentem pana Igotka.
Damy radę, nie? :)

niedziela, 24 lutego 2013

Przedwiośnie?

Pan z pogody wczorajszego wieczoru zapowiedział... wiosnę.
W sumie nie bardzo mu wierzyłam, gdy z politowaniem spojrzałam na skrzącą się w nocnym blasku dość grubą warstwę śniegu za oknem.
Ale do pana sympatią zapałałam.
I od razu lepiej się spało i humor lepszy.
Sami widzicie, jak mało trzeba by mnie uszczęśliwić:D
A dodatkowo dziś wstałam i aż kopara mi opadła, gdy na termometrze znajdowało sie całe cztery stopnie.

Obecnie jest dziesięć, a siostry przyjechały na obiad i wybyły na spacer z chłopcami.
Na mój wózek jest jeszcze stanowczo za mokro, bo śnieg się topi robi breje.
Więc muszę poczekać.:) Ale to już nie długo, nie? 
Za to miniony tydzień miałam... paskudny.
Chandra męczyła jak oszalała.

A najgorsze było sobie uzmysłowić, że nie ma się na co narzekać.
Bo niby na co? Mam przyjaciół, mam co jeść, mam co pić, mam ciepło, fajną i zdrową rodzinę.
A że siedzę w domu? Cóż. jest to wina biurokracji, która nie może zapewnić mi dojazdu.
W końcu ostatecznie mogłabym się zgodzić, by rodzice mnie dowozili. Ale nie zgodziłam się, bo wciąż potrzebuje pomocy przy wsiadaniu do samochodu, a jednak moja rodzina kręgosłupów ze stali nie posiada.

Za to ja posiadam bardzo duże wyrzuty sumienia. A gdybym się przyłożyła do nauki to i maturę bym zdała i prędzej jakąś pracę znalazła i studia przez internet.
I właśnie ta świadomość że jest w tym duża część mojej winy tak mnie załamywała.
Najgorzej było wieczorami, gdy juz zgasiłam światło.
Nie jest tajemnicą, że ja nie łatwo się wieczorem wyciszam. Mam taki natłok myśli, częściej tych negatywnych, że czasem zasypiam  po północy.

A złe myśli prowadziły do bardzo realistycznych i nie zawsze pozytywnych słów.
Czasami rano musiałam długo dochodzić po nich do siebie.
Więc takie użalanie się nad sobą do niczego dobrego nie prowadzi jak na razie skupiam się na tym co jest tu i teraz.

Kartki zaczęłam robić, wielkanocne, plus dwie na chrzest i jedna ślubna. Jak narazie tylko wielkanocna mi wyszła, ale pokażę je wszystkie hurtem. Jutro wznawiam swój warsztat. :)
I jakoś się kręci.
A was proszę o trzymanie kciuków, by było jak teraz.
Pozytywnie... :)

wtorek, 19 lutego 2013

Bleee...

Napisałam osiem linijek opowiadania. Nie dałam zapisz, bo omsknął mi się przycisk. 
Osiem linijek poszło się... kichać.

Chciałam się zarejestrować na stronie jednej- mają jakieś dziwne i zawiłe procedury rejestracyjne.
Nie mogę wejść na pocztę bo im padł serwer.

Wenę mam tylko jak już trzeba iść spać.
I nie mogę zarwać nocy, bo jak się nie wyśpię to nie jestem do życia.

I nie umiem ustawić mmsów w komórce.
I w ogóle wszystko mi robi na złość, jestem biedna, zła, smutna i mam to wszystko w nosie.
O!

piątek, 15 lutego 2013

Pisam!

Siostra moja rodzona zawstydziła mnie w komentarzu. No to "pisam".
Chociaż generalnie nie ma o czym... Albo może jest o czym, a ja nie mam weny? Jakoś tak.
No ale ok. Czas uporządkować miniony tydzień i opowiedzieć co u mnie.

W poniedziałek byłam w OREWIE, który chwilowo zmienił swą siedzibę. Fajnie było się spotkać z innymi ludźmi, zwłaszcza z takimi, których widywało się kiedyś codziennie. Oj tęskni się. Najbardziej wzruszyłam się jak jeden z moich ulubieńców-czyli siedmioletni Jaś na mój widok tak się ucieszył, że aż skoczył mi w ramiona. Przyznam, że byłam w szoku, bo ostatnio widziałam się z nim jakiś rok temu, raczej sądziłam, że się ode mnie odzwyczaił. Jaś ma zespół downa i jest taką maskotką, przytulaskiem, ale ma też swój charakterek :o). Razem układaliśmy puzzle, klocki i usłyszałam, że nadaje się do pracy z takimi dziećmi. No aż się zarumieniłam :P

We wtorek jak zwykle co dwa tygodnie byłam w bibliotece. :) Trochę się pokręciłam, trochę poczytałam. Przyszłam tam z ośmioma książkami, wróciłam z siedmioma. (w tym jedna o piłce nożnej-dla Adrianka). No czyli standard. :))

W środę czekała mnie po ponad roku wizyta u nefrologa. I byłam pozytywnie zaskoczona. Pani doktor pochwaliła moje wyniki krwi, miałam książkowe ciśnienie, cukier w normie, serce jak dzwon, czyste płuca. I dobry humor, który chyba najbardziej pani doktor się spodobał. No mnie też. :D Potem miałam gości. Dostałam czekoladę na walentynki-od mamusi i tatusia. :D

W czwartek były walentynki. A ja miałam niemałą chandrę. (I to bynajmniej nie spowodowaną walentynkami. Mimo że jestem singlem, to nie przeszkadza mi to. Lubię to święto, bo lubię się powygłupiać. O!). Wczorajszą czekoladę zżarłam prawie całą, z  pomocą Igora (Cicho mamuśka! Tylko dwie kostki!), Oli, mamy. Beata czekoladę też kupiła. Więc sobie jadłyśmy wirtualnie. :)) Adrian wrócił ze szkoły i dał mi wielkiego buziaka na walentego <3. Chandra minęła gdzieś koło ósmej.

W piątek, czyli dziś. (Jezusie, już piątek!) rano obejrzeliśmy sobie z Igorem bajeczkę. Byłam sceptycznie nastawiona zarażaniem Igora disneyem. Ostatnio nie spodobała mu się "Piękna i bestia". Jednak tym razem "101 dalmatyńczyków" łyknął w całości, nawet nie ruszając się z fotela. Przyznam że tak spokojnego widziałam go... dwadzieścia cztery miesiące temu... :P
No ale cóż się dziwić. Bajkę tę kochałam i ja w dzieciństwie. Mały zachwycony był "hau hau" i "chlip, chlip" (Tak chlipie gdy chce mu się pić, lub pije ktoś inny-w tym przypadku piły dalmatyńczyki :)). Obecnie ma jeszcze godzinę do drzemki. Więc na tę okoliczność... demoluje pokój. Koniec spokoju! :D
A ja? A ja mam kartki do zrobienia-sztuk sześć(!!) więc od dwóch dni przeglądam scrapowe strony i czekam na natchnienie. :) Ostatnio miałam go jak na lekarstwo.
No to siema!


PS Kaskader zaliczył właśnie małą glebę i jojczy. No to idziem chuchać i dmuchać!

niedziela, 3 lutego 2013

A tytuł uciekł do ciepłych krajów...


Nadzieja na rychłą wiosnę bezpowrotnie zdechła dziś rano gdy tylko oczęta otwarłam bowiem za oknem... Zima. Znów. Tak mnie to wkurzylo że aż poduszką w okno rąbnelam. Nie pomogło. 



Wczoraj bylam na obrzeżach Krakowa u koleżanki odebrać wózek sportowy. Poprzedni okazał się za wąski i az sie prosił o wymianę. Nowy wózek jest. bardzo ładny ale używany i musi przejść gruntowny remont. No to remontują.



Potem z rodzicami wstapilam do tzw. Kejfuja gdzie do reszty zirytowaly mnie ceny. A już ceny książek... O Jezu Miłosierny, jeszcze nie zbzibzialam by za romansidło które przeczytam raz dawać cztery dychy.
Dobrze że jest biblioteka choć tam muszę się nieźle napocic bo zazwyczaj książka pożądana jest...wyjechana...



Zaliczylam debiut pisarski w postaci artykułu na gminnej stronie i gazetce. Fajne uczucie :-)
A poza tym to moj pierworodny (Adek znaczy) na mikołajki (! w lutym!) zamówił sobie... Tableta.
Jezu a ja w jego wieku to chciałam kolejkę elektryczną albo lalkę barbie tudziez jakąs baby born. ( Bo wstyd przyznać lalkami bawiłam się do dwunastego roku życia a rzuciłam to tylko dlatego bo to obciach był. Inaczej by mi nie przeszło :-X) 



I teraz problem. Bo Dudus twardo się upiera a my musimy mu wytłumaczyć że tablet jest drogi i nie dla dzieci. W dodatku w sposób taki by nadal wierzył w Mikołaja bo na prawdę ma czas.
No ale koleżanka z klasy dostała i mu się krzywduje. 
Mam wrażenie że o to weszliśmy w bardzo kręty okres życia Adriana... 
Szczęście że lubi naukę (Najbardziej matme ) i jest fajnym chłopakiem.
Wszystko? 
Wszystko.
No to dobranoc moi kochani :-*

sobota, 2 lutego 2013

Znalezione, nie kradzione...

Czerwiec 2007, dzień integracji z osobami niepełnosprawnymi. I
 ten raz macie mnie okazję zobaczyć w krótkich włosach z... Anną Dymną :)
Dziś wyglądam całkiem inaczej...