środa, 12 grudnia 2012

Wychowani w... tolerancji.

Igor i Adrian mają niepełnosprawną ciocię.
(I pewnie wszyscy teraz popukają się w czoło, bo nic odkrywczego dziś nie powiedziałam)
A raczej niepełnosprawną (bo ostatnimi czasy staram się nie używać względem siebie tego określenia.) lecz poruszającą się o wózku.

Pamiętam, że gdy moja siostra urodziła pierwsze dziecko, to pomimo bardzo młodego wieku zaczęłam się zastanawiać jaki stosunek będą miały wobec mnie dzieci moich sióstr, przyjaciół a potem moje dzieci.
Bo z jednej strony to może być problem.
Bo siedmiolatek wcale nie musi rozumieć czemu jego ciocia nie jeździ z nim rowerem.
A dwulatek W OGÓLE nie musi rozumieć tego, czemu ciocia jest wożona w wózku jak on, mimo że jest już prawie stara.
I przyznam wam, że czasami dziwię się że mają tak wiele cierpliwości.

Adrian jako czteroletni chłopiec miał taki okres, w którym to zauważył, że ja różnie się trochę od innych ludzi.
Że nie chodzę, że w wielu dziedzinach życia potrzebuje pomocy. I pamiętam, że zaczął dopytywać.
Odpowiadaliśmy więc zgodnie tak jak jeszcze w zerówce ja odpowiadałam rówieśnikom, że mam chory kręgosłup, że taka się urodziłam. Jasny i czytelny komunikat dla takiego małego chłopca był w sam raz. Do dziś czasem zdarza mu się zapytać czy będę jeszcze kiedyś chodzić.
A ja mu odpowiadam, że nie i wszystko jest jak dawniej.
Adrian podwozi mi wózek, gdy przechodzę na niego z łóżka.
Igorek od paru miesięcy przynosi mi podnóżki, a dziś usiłował mi ubrać buta, który spadł z mojej nogi.
Ma dopiero dwa lata i nie zna mnie innej, zdrowej. I zdaje się nie przejmować moim ograniczeniem ruchowym.
Oboje szybko się przystosowali.
Albo raczej wrodzili.
A jednak czasem chciałabym być w stu procentach dla nich i móc w pełni uczestniczyć w ich rozwoju.

Ale kto na tym świecie ma wszystko?? :)
Bo w końcu z drugiej strony mogę się tylko cieszyć. Na przykład tym, że Adrian i Igor dorastając z osobą niepełnosprawną są uwrażliwiani.
Że dzięki Bogu, nie będą dziećmi, które na widok osoby niepełnosprawnej zaczną szydzić i głupio żartować, a gdy gdzieś taki maluch przyjdzie na świat będą wiedzieli że nie różni się ono od innych dzieci.
I od kiedy się urodzili zrozumiałam, że w każdej sytuacji można znaleźć plusy.
Nawet we własnej chorobie.

14 komentarzy:

  1. Dziewczyno nie każdy ma taką ciocię jak Ty :-) to raczej jest dla nich chluba.P.S. najlepsze było to że Igor Ci buta ubierał hi hi.
    Sis Kasiek :-*

    OdpowiedzUsuń
  2. Taka mądra i ciepła Ciocia jak Ty to skarb :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. ale kochana czy będąc pełnosprytną ciocią chodzi mi o ruch czy mogłabyś dziś oglądać to wszystko co mnie omija - pamiętaj że każde wydarzenie ma jakieś odzwierciedlenie - dzieje się z jakiegoś powodu- nie wiem dlaczego akurat Ciebie to spotkało - ale ja kiedy jest mi źle mówię że mogło być gorzej że życie układa się tak aby człowiek był w stanie sobie pomóc i udźwignąć swój "krzyżyk"i w całej tej beznadzieji choroby plusem jest to że masz dużą i KOCHAJĄCĄ CIE PONAD ŻYCIE RODZINĘ która z czesem będzie jeszcze większa a dla nas jesteś jak każda inna osoba KC :*
    judyta

    OdpowiedzUsuń
  4. Natalko kochana Twoja niepełnosprawność jest niczym wobec Twojej osobowości ! Dla chłopców jesteś po prostu suuuuuuper Ciocią , która przede wszystkim JEST , która przytuli , wyslucha , zabawi... I jeszcze nauczy wrażliwości :-) A szukanie pozytywów to świetny sposób na zachowanie uśmiechu na twarzy . Tak trzymaj !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, szukanie pozytywów to jest dobry sposób na życie:D
      Dziękuje:* już wiesz za co

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Może nie tyle mądrze co z serca :)

      Usuń
  6. Rybko, właśnie dzięki nim i ich miłości uświadamiasz sobie swoją nieodmienność. Bo jeśli patrzy się sercem nie widać ani nóg ani kółek tylko to Twoje światełko :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiesz Natalko, dla dzieci, to coś zupełnie naturalnego, jeśli wychowują się tam, gdzie w bliskim otoczeniu jest osoba nie w pełni sprawna. Na początku tej różnicy nie dostrzegają, dopiero z czasem zaczynają i trzeba tłumaczyć, wyjaśniać. Dziecko zaakceptuje, jeśli uzyska odpowiedź.
    Nie warto uciekać od pytań.
    Nie warto odpowiadać wymijająco.
    Wiesz, swojego czasu mieszkałam na jednym podwórku z kuzynką, która ma (dzisiaj już) czteroletniego synka, teraz mieszkają za granicą, ale jak mieszkali tutaj, to on przybiegał do mnie każdego dnia, czasem nawet w piżamie, na bosaka. Jak miał trochę ponad dwa latka, leżąc mi na brzuchu zapytał:
    Nóżki bolą?
    Wtedy mu wyjaśniłam, tyle ile mogłam, tak, żeby mógł zrozumieć.
    Często z nim zostawałam i nigdy mi nie uciekał. Nigdy. Zawsze był w zasięgu mojego wzroku i jak wołałam, to zawsze się odezwał, albo przyszedł. A jak widział, że mi coś spadło i się schylam, żeby coś podnieść, to biegł ile sił w nóżkach, żeby pomóc.
    Sytuacja z pytaniem "bolą nóżki" powtórzyła się jeszcze kilka razy i za każdym razem tłumaczyłam.
    Mimo, że wyjechał ze swoimi rodzicami, to nadal pamięta i przyjeżdża na wakacje, to zawsze domaga się wspólnych zabaw, spacerów, rozmów o małych WIELKICH rzeczach.
    I przybiega o poranku, wskakuje pod kołdrę i mówi:
    Miluś! Słonko świeci! Wstawaj! Trzeba się bawić.
    Albo:
    Przyszedłem się troszkę poprzytulać i... tuli się całą powierzchnią swojego ciała:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Ta bezpośredniość i prostota u takich maluszków jest najpiękniejsza :))

      Usuń