czwartek, 18 października 2012

Zmiany, zmiany

Co można się nauczyć w dziewięć dni?

Bardzo dużo. Uwierzcie mi.

Tego, że to co dawniej zajmowało ci prawie godzine teraz zajmuje ci niecałe pół.

Tego, że to że jestem niepełnosprawna to nie oznacza, że mam żyć inaczej.

Nauczyłam się wiary w to, że mogę założyć rodzinę, pracować, podróżować, udoskonalać talenty, a nawet uprawiać sporty.

(Swoją drogą-Czy wiecie że osoba niepełnosprawna może grać w piłkę nożną?

A, że rękami? I piłką rehabilitacyjną?

To nic.

Było łatwiej, lepiej, wkręciłam się w to tak mocno, że nawet zakwasy przestały mnie boleć :D Strzeliłam nawet dwa gole! Graliśmy też w unihokeja, w bule, strzelaliśmy z łuków. )

Nauczyłam się tego, by doceniać to co mam wokół.

Bo potem znajdujesz się z dala od domu i... Tęsknota.

Jak cholera.

Nauczyłam się, że jak się zaprę to wytrzymam. Wszystko.

Bo inaczej do domu wróciłabym już we wtorek, kiedy miałam jakiś kryzys albo inne licho. W każdym razie wyłam cały dzień.

Nauczyłam się prosić o pomoc, nie wstydzić się tego.

Dowiedziałam się, że lubię tańczyć i że w zasadzie to nie wychodzi mi to najgorzej. :))

Więc z tym bagażem doświadczeń wróciłam do domu.

Taka rozdarta...

Z jednej strony chciałam by to trwało. Z drugiej strony tęsknota była silna.

A w domu wszystko po staremu.

Przywitał mnie Adrian, troszke wyższy, pierwszoklasista, nadal taki sam śmieszek, szalony. Jego reakcja na mój powrót zrekompensowała mi wszystko.

I przywitał mnie Igorek. Z nieco skróconymi włoskami. A rozgadany jaki! Powtarza już coraz więcej.

A jego "Tataja..." to na moje uszy miód.

Powitał mnie mój pies, stęskniony obskakując mnie i obwąchując.

I te same meble i stary wózek.

(Ten sportowy niestety okazał się za wąski... Jakoś na nim przedybałam, ale może doprowadzić do odleżyn. Niestety trzeba go wymienić. A nie jest to kwestia groszy, ani stu złotych. Ani nawet dwóch tysięcy..

A ja stanęłam na środku domu wdychając dawne zapachy i nasłuchując dawnych dźwięków.

Mając w głowie głosy tamtych wspaniałych ludzi, czując w ustach smak tamtego cudownego jedzenia.

Słysząc śmiechy podczas zabaw, muzykę z ostatniej imprezy.

Czując adrenalinę przed każdym nowym wyzwaniem, a przed mając oczami te chwile spędzone na Krakowskim rynku, na targu staroci, w muzeum, w ulubionym "Empiku" i wieczorne przed telewizją.

To wszystko teraz wydaje mi się być już tylko snem...

Ale to było naprawdę.

Przypominają mi o tym ten dyplom który wisi nad biurkiem

i ten kubek w kuchni i książki, które przywiozłam, drewniana zabawka chłopaków

i kolczyki na uszach Oli.

To było naprawdę.

A ja...?

... Dałam radę.

Było ciężko a zarazem cudownie.

A teraz czas żyć dalej swoim życiem w nadziei, że mój bagaż doświadczeń tylko je wzbogaci...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz