poniedziałek, 15 października 2012

UWAGA! Notka tylko dla ludzi o mocnych nerwach./ Urodzinu/ Podróże małe i duże z rentą w tle. 3 października 2011


Sobota 1.10.2011r:
Moje urodziny minęły mi baaardzo przyjemnie. Około godziny siedemnastej odbyła się kameralna impreza osiemnastkowa z udziałem moich najbliższych przyjaciół. (A. M. T. K. E i K.- Gracias!) Dostałam cudowne prezenty, ale przedewszystkim mam cudowne wspomnienia, które zapadną w mojej pamięci już chyba do końca życia…
Rozstałysmy się około godziny jedenastej więc można przyjąć że dziewczynom również bardzo się podobało. :D
Poniedziałek 3.10.2011r:
Niedobudzona próbuje przestawić mózgownice na właściwe tory, a wychodząc z łazienki dwukrotnie sprawdzam szkolną torebkę, tylko po to by uzmysłowić sobie, że przecież do szkoły dziś  nie idę.
Ma się dziś odbyć komisja lekarska, dzięki której będe mogła dostać rentę socjalną przysługująca każdemu pełnoletniemu niepełnosprawnemu.
Wsiadam do samochodu, jedziemy z rodzicami. Zakładam jak zwykle mp3 na uszy…  Jest spokojnie… Do czasu!
Dojeżdżamy do miasta Kraków. Po drodze mijam tysiące sklepów, szyldów i… plakatów wyborczych.
Hm...-Myślę sobie-Jacy oni piękni, idealni i cudowni na tych plakatach… Wszyscy się kochają, obiecują gruszki na wierzbie, jedni popierają drugich. Do czasu.
Dalszą drogę staram wzrokiem omijać „przesłodzone” plakaty w obawie przed nagłym wzrostem glukozy oraz mdłościami.
Jedziemy dalej. W słuchawkach moja ulubiona religijna piosenka.
Dostaje nastroju wręcz cudownego…Religijny nastrój pryska,  gdyż przed oczami wyrasta mi wielki szyld reklamujący Night club, wraz z wypisanymi wielką czcionką wszystkimi opcjami tego lokalu…
O matko jedyna…
Zniesmaczona ściągam słuchawki i dopiero po dłuższej chwili decyduje się je włożyć ponownie…
Niedługo potem mijam przystanek z namalowanym różowym (!) sprayem wyznanie.
MISIO KOCHA ANIĘ!!
Pod spodem niegrzecznie odpisano.
A g**no prawda!!
Se, se, se! Ależ niecodzienny sposób dania kosza…
Stoimy na światłach.Nagle moje oczęta pośród tłumu spieszących sie ludzi wyławiają mężczyzne. Na jego widok robi mi się miekko na sercu…
Mężczyzna naprawde przystojny… Zarost, brązowe oczy. I to nic że ma około trzydzieści lat…
Nagle dołącza do niego kobieta.  Prowadzone za ręke  jedno dziecko na oko trzy letnie zostaje włożone ojcu na barana, drugie w wózku śliniące sie rozkosznie zostaje  również przejęte przez ojca.
Zresztą podobnie jak i torebki z zakupami.
Na oko cztery.
I podobnie jak ośmiopak…papieru taletowego…
Och!-Rozmażam się- Jak on ją kocha… Zabiera od niej dzieci, zakupy, papiery toaletowe…Musi ją kochać… W dzieciństwie na pewno nosił za nią plecak!
Małżeństwo dało sobie buziaka… Prawie rozpływam się z zazdrości i zachwytu nad tak szczęśliwą parą… Zielone światło. Może to i lepiej…?
Dojeżdżamy na miejsce. Przemiły pan przewozi mnie do budynku specjalną platformą, dzieki której mogę uniknąć „wynoszenia mnie po schodach”.Taka sama platforma zainstalowana jest w mojej szkole. Naprawdę fajne urządzenie.
W budynku kierują nas do odpowiednich pokoi. Czekamy…
Nagle zza moich pleców słysze gaworzenie małego chłopca.
Identyczny głos jak młodszego siostrzeńca. Na oko dziewięciomiesięczne dziecię prowadzone za palce przez mamę ochoczo kieruję sie do mojego wózka.
Ehh, faceci i zamiłowanie motoryzacją.
-Tak synku, dziewczynka ma buuum- Mówi matka uśmiechając sie do mnie. 
-Cia…- Zgadza się maleńki.
Patrzę na małego, przez chwilę mierzymy się wzrokiem.  Uśmiechamy się do siebie. Po kilku sekundach chłopiec uderza w moje koło z całą mocą w ręke.
-Baa!- Wyraża swą opinie
Taak…Ja też uważam że są lepsze modele…
Chłopiec znudzony pojazdem po chwili znika z mamą za korytarzem, poznając znacznie ciekawsze zakątki.
Czekamy.
Dzięsięć minut.
Piętnaście minut.
Dwadzieścia minut.
Kurde, nie znoszę czekać- Jęcze w duchu.
Pół godziny.
W końcu wyczytują moje nazwisko. Wchodzimy do gabinetu, kobieta pyta mnie i moją rodzicielkę o dowód osobisty.
A to klops.
Mama tłumaczy, że dopiero dziś składamy wniosek.
Lekarka która mnie bada z chłodnym uśmiechem zawiadamia nas, że nie może wejść do systemu nie mając dowodu osobistego.
Mama tłumaczy, że dzwoniła by powiadomić że nie mam jeszcze dokumentu.
Kobieta pyta więc o paszport.
Upss. No i znowu klops.
Grzecznie odpowiadamy, że paszportu nie posiadam. Po prostu. Nie było takiej potrzeby. W końcu  najdalsza podróż w życiu odbyłam do Kołobrzegu.
Kobieta uprzejmie informuje, że nie ma szans. Że badanie się dziś nie odbędzie. Wychodzimy z kwitkiem, kierowani do pokoju, gdzie moja mama pisze podanie o zmiane daty komisji. Cała podróż na marne…
Droga powrotna. Znów szukam inspiracji za szybą samochodu. Mijam kolejne budynki, jednak nic ciekawego się nie zdarza…
Nagle przyciskam niechcący zestaw głośno mówiący, który niemile piszczy. Zerkam na ekran.
„Proszę mówić!”-rząda aparat.
No co to kurde?! Przesłuchanie?!
-No jeszcze czego- Warcze
-Do kogo ty mówisz?-Moja mama zaniepokojona odwraca się z przedniego siedzenia i patrzy na mnie.
-Do telefonu…-Odpowiadam zgodnie z prawdą.
Mama patrzy na mnie dziwnie. W celu uniknięcia kobierzyna uśmiecham się przepraszająco.
Moi rodzice informują mnie że musimy przecież zrobić niezbędne zakupy. Lądujemy w jednym z supermarketów.
Wchodzimy, przepuszczam uprzejmie w drzwiach mężczyzne. To nic że jestem na wózku, to nic ze jestem kobietą. Wisi mi to. Mężczyzna nie mówi nawet dziękuje. Obojętnie mija mnie w drzwiach…
Cóż… Zdarza sie.
Przedemną dział SPORT. Zaintrygowana i z lekkim szokiem dostrzegam zamiast stosów piłek czy innych różnych dziwnych przedmiotów…znicze…
Mimowolnie parskam śmiechem.
Cóż!-Tłumaczę sama sobie- Najwyraźniej to nie są zwykłe znicze. Są olimpijskie. Tak… Stanowczo…
Po drodze mijam dwie degustacje. No to się degustuje! Najpierw żurek, następnie jogurt. Nawet zjeść można za darmo! Bomba!
Moja mama idzie w dział ubrania. Tata oddala się w poszukiwaniu jakiejś potrzebnej rzeczy. Ja oddalam się w papierniczy.
Po dłuższej chwili we trójke wybieramy niezbędne artykuły spożywcze, tata płaci. Wychodzimy. Powietrze jest ciepłe, wręcz letnie, dostaje słońcem po oczach. A co mi tam! Jest cudnie!
W drodze powrotnej zmierzamy przez most połozony nad wisłą. Obok pięknej rzeki postawione…wielkie kominy z których wydobywa się nie przyjemny, szary i śmierdzący dym.
Niezła lokalizacja… Nie ma co…
W rodzinnym mieście nie daleko końca podróży  jemy obiad w restauracji,wychodze przejedzona i grubsza o kolejny kilogram.
W samochodzie z przejedzenia nie włączam nawet piosenek. Nie mam sił na nic… Do chłodnego, pozbawionego duchoty, miłego domciu wracam z uśmiechem na twarzy…
Home sweet home!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz