środa, 26 października 2011

Nie mam koncepcji na tytuł :p


Uwaga! Poniższa notka jest inspiracją powstałą na skutek moich blogowo-komentarzowych rozmów z Tosinkową mamusią, która to też czasem ma złe dni i wie dobrze jak to  jest mieć „dzień na NIE” i którą na wstępie pozdrawiam i całuje w pysia i brzusia (jako jedyną forme okazania uczuć Anielce :D ):
Kiedyś, nie tak dawno poszłam do szkoły. Miałam wtedy nieliczną lekcje ze swoją klasą.
Jako że stanęłam przed wieeelkiiim postrachem zwanym potocznie „schodami” potrzebowałam jak najszybszej interwencji osób silnych,umięśnionych i śmiałych.
(Tu mile widziani mężczyźni z ubezpieczeniem zdrowotnym i namiętnie jedzący Danonki).
Gdy już znalazłam się u góry podeszła do mnie znajoma.
(Nazwę sobie ją Panna X. Panna X nie czyta tego bloga. W zasadzie znamy się z widzenia i gadamy dość rzadko) i zaskoczyła mnie stwierdzeniem.
„-Tobie to dobrze…faceci Cię na rękach noszą”
Zachichotałam jako że na żarcie sie znam, mimochodem i ze współczuciem obserwując kolegów czerwonych z wysiłku.
(Uwierzcie mi na słowo. Ja w połączeniu z moim pojazdem mamy taką wagę że transport ze schodów jest wyczynem godnym szanownego pana Pudzianowskiego)
Panna X rozkręciła się mimowolnie
„-No i szkołę masz tylko trzy razy w tygodniu. To się nie umęczysz zanadto, nie musisz nigdzie latać i nogi cie nie bolą! Każdy ci pomaga. Każdy jest miły”
Spojrzałam na Pannę X. Mówiła ŚMIERTELNIE poważnie.
Mine miała wręcz taką jakby zazdrościła mi mojego kalectwa! A to chore!
Mimowolnie skręciło mnie w żołądku.
Owszem. Jestem na indywidualnym toku, szkołę mam trzy razy w tygodniu.
I dzięki temu (albo raczej „Z tego powodu”) widzę sie z moją klasą rzadko, za rzadko.
Lekcje z nimi taką jak tą wspomnianą mam może raz na pare tygodni.
Chociaż na prawde staramy się żyć w fajnych stosunkach i się nam udaje. :)
Lekcje mam w osobnym budnynku, więc w zimie zapominam jak wyglada szkoła,
bo nie będę kurcze blade brnąć w zaspach przez dziedziniec tylko po to żeby sie „przejść”
i sobie posiedzieć na przerwie  która ma TYLKO dziesięć minut.
Po pierwsze jak sobie czasem żartuje „nie ma kół zimówek”.
A po drugie zaraz bym była „zasmarkana”. I po co?
A do tego mam okrojony materiał który non stop musze nadrabiać i dzięki któremu raczej pożegnam sie z maturą.
Jestem sama z nauczycielem który jako że nie ma nikogo innego jedyną osobę którą pyta i sprawdza zadania jestem Ja.
Nie mam się tam z kim śmiać i od kogo ściągać, pożyczyć ołówka, przesyłać liściki.
Bo chociaż tak jak Ja indywidualny tok ma moja przyjaciółka to zajęcia i tak musimy mieć osobno.
W szarych zimnych pokojach.
Nie ma tam tablicy, porysowanych ścian, obitych ławek, gazetek.
Jest czysto i cicho a do tego ciasno.
A do tego wiele bym dała żeby nogi zaczęły mnie boleć i mogłam sie umęczyć wchodzeniem po schodach
albo za bieganiem za siostrzeńcami czy jeździe na rowerze.
I wiele bym dała żebym mogła chodzić do liceum jak każdy w moim wieku.
Ale tak się nie stało, nie staje i nie stanie.
I trudno. Muszę żyć.
I wiem, że mogłam sie urodzić w patologicznej, niekochającej mnie rodzinie,
nie mieć nawet jednej koleżanki, żadnego okna na świat i żyć w skrajnych ubóstwie.
I że powinnam żyć pełnią siły, nigdy sie nie poddać, często uśmiechać i nie traktować siebie jako gorszą.
Bo nie jestem gorsza.
I wiem, że mogło być ze mną źle, bo osoby z moim schorzeniem w 80% posiadają wodogłowia i zastawki. Jestem w tych 20% za co dziekuje Bogu.
Tylko niech nikt nie mi nie wmawia że mam się cieszyć z własnych ograniczeń i że jest mi idealnie!
Bo nie jest.
Bo przeżyłam jako noworodek dwie operacje.
Bo nie mogłam odrazu jak inne dzieci wrócić do domu po tygodniu, a po miesiącu.
Bo moje ciało chcąc nie chcąc wygląda inaczej.
Bo nie urodzę nigdy upragnionego dziecka.
Nie nauczę go jady na rowerze.
Nie zatańcze jak inni na swoim weselu w taki sposób jaki chce.
I zawsze bede musiała znosic kolejne upokarzajace,bolesne badania.
I bo zawsze już zostanę uziemiona i zdana na kogoś innego.
A przedewszystkim dlatego że ZAWSZE znajdzie sie ktoś kto mi powie, że nie mam prawa do narzekania.
I nie chce by ktoś sądził, że jestem na swoim punkcie przewrażliwiona.
Nie jestem.
Umiem żartowac z choroby, mam plany, lubie rozmawiać o swojej chorobie, nie ma dla mnie tematu tabu.
Ale ja jestem tylko człowiekiem.
I czasem niestety mam pod górę.
PS Rente dostałam. Za drugim razem sie udało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz