piątek, 11 listopada 2011

Jak nie urok to... szyja.



Wczoraj wieczorem położyłam się spać, pomimo wolnego, oraz zaplanowanego maratonu i filmowego.
Co prawda wcześniej strasznie kleiły mi się oczy, ale nie mogłam zasnąć. 
Przewracając się na drugi bok po raz kolejny, poczułam w szyi lewy dotkliwy ból.
Po lewej stronie, tuż pod uchem.
Na początku pomyślałam, że to świnka, zapewne za sprawą czytanego wcześniej po raz n-ty "Kwiatu kalafiora" (kto zna, ten wie).
Jako że jestem hipochondryczką (niczym Ida Borejko :D) przez następną godzinę sprawdzałam się by sprawdzić czy aby nie puchnę.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. 
Dziś rano wstałam i zdałam sobie sprawę, że opuchlizny ani śladu, za to ból jeszcze gorszy niż wczoraj.
I szybko przypomniałam sobie jak wczoraj z narzuconym byle jak polarem dwukrotnie przemierzałam dziedziniec szkolny, mimo czterech stopni, a także wczorajsze, poranne słowa mojej Mamy : "Weź sobie ubierz szalik, bo cie zawieje."
Nie ubrałam.
Zawiało.
A gdybym tylko posłuchała innych, to dziś nie śmierdziałabym "Amolem" 
(chociaż Madzi akurat by nie przeszkadzał? xD) nie miałabym ograniczonego skrętu szyją i poszłabym na scholę.
I moje plany wzięły w łeb.
Kiedy ja w końcu dorosnę?
Niech mnie ktoś przytuli. :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz