poniedziałek, 29 października 2012

Let it snow, let it snow, let it snow...

Środa:
Pomimo iż do niedawna planowałam ( i w zasadzie dalej planuje) wrócić do naturalnego koloru włosów to byłam zmuszona się... farbnąć.
Czekała mnie impreza na której nie wypadało mi pokazać się z kilometrowym odrostem pomimo iż ombre przecie w modzie jest... Ale nie takie co się zaczyna w okolicach uszu. ;) Uzbrojona więc w te śmierdzącą farbę, odżywkę, grzebień i siostrę ufarbowałam łba. Przeczuwając też zimową aurę calutki dzień... oglądałam świąteczne ozdoby planując. ;p

Czwartek:
Zaraz, zaraz... Co ja robiłam w czwartek?

Piątek:
W piątek deszcz zrobił się niebezpiecznie marznący. Odeszła złota polska jesień i nadeszło... nowe życie.
O godzinie dwunastej (w porywach do trzynastej :D) na świat przyszła Michalina Faustyna czyli druga z kolei siostrzenica, a pierworodna chrześnica mojej wieloletniej przyjaciółki. Siostrzyczka szczęśliwej Oliwki:)
Witaj na świecie Misia!
Wieczór zgodnie z tradycją spędziłam śpiewając (udając że śpiewam?) na scholi, a następnie z "rodzinką pl" :D

Sobota:
Dzień zaczął się wcześnie. A wraz z nim zaczęły się przygotowania czyt. fryzury, malowanie, ubieranie, rozterki ubiorowe. Następnie wraz z całą rodziną wybyliśmy na wesele do sąsiadki :)
A konsekwencją tego wydarzenia była zrobiona już tydzień wcześniej (jeszcze zza czasu słoneczka) ta o to kartka:
Jeszcze nie całkiem taka jak powinna być, ale się wprawiam powoli. Te motylki śliczne to naklejeczki które otrzymałam od przyjaciółki na urodziny :))

Niedziela:
Wstaje po odsypianiu i... oczom nie wierzę!!
Ukazuje mi się obrazek jak z bajki o królowej śniegu!
Wszystko, wszystko białe! I uwierzcie mi, że pomimo że wiedziałam że zasypało chociażby moich kochanych Tosinków i większą część Polski a w wiadomościach zapowiadano rozwój zdarzeń to naprawdę się zdziwiłam! W śniegowym puchu przyszło nam zawitać na poprawinach gdzie najbardziej podobały mi się walczyk, salsa, tango oraz taniec klasyczny w wykonaniu Igotka. Dzięki Bogu po ostatnich problemach (mały chorował dwa tygodnie) został tylko katar a wrócił dawny uśmiechnięty Iguś:D
Adrian również dawał czadu. Przez dwa dni weselne wytańczył chyba calutką salę weselną:D


Obecnie siedzę sobie z gorącą herbatą i w piżamie przed komputerem. Za mną w oknie nadal biało i puchato.
Jutro wybywam do biblioteki, natomiast w czwartek Wszystkich świętych.
Nie lubię. :( Smutne święto.

A z nawiązaniem do środowego "halołin"

"Psukierek czy cikus"?:D Kto zna ten wie. :D


sobota, 27 października 2012

O jacież pierdzielę...


Wzruszyłam się.
No NA-PRA-WDĘ!
Odkopałam dziś mój ostatni blog.
Są tam takie fajne wspomnienia jak np. pierwsze kroki Igora.
W necie istnieją trzy moje ostatnie blogi. 
Ten najstarszy czwarty zginął śmiercią tragiczną poprzez kliknięcie nieodpowiedniej ikonki przez Adriana.
No ale tamte dwa są a ja marzę, by mój blog był fajny i ciekawy.
I bardzo chce go "połączyć" w jedność tzn. pododawać stare i nowe notki na jednym blogu.
Problem jest w tym, że tego nie umiem.
Prześledziłam Manifo od A do Z i nie ma tu takiej opcji.
I jestem w kropce.
Nie wiem co zrobić.
W grę zaczyna wchodzić ostatnio przeniesienie się na blogspot.
(też dlatego, że chciałabym założyć hasło na bloga, by nie trafiał w niepowołane ręce. Oczywiście tym, których znam i im ufam udostępnie blog. Jednakże prywatność trzeba chronić.)
Tylko nie wiem czy na blogspot jest możliwość takiego sklejenia notek?
Chaotycznie dziś piszę.
Nawet nie wiem czy ktoś zajarzy o co mi chodzi.
Heeelp!

piątek, 26 października 2012

No i takie tam pitu pitu...

Jest mi lepiej. 
Odpukać.
To znaczy nie budzę się już z zamiarem wymordowania połowy świata i z grymasem na ustach.
Być może to dlatego, że w końcu zaświeciło słońce i mamy złotą polską jesień?
I bo Adrian przynosi same czwórki, piątki i szóstki?
I bo katar Igora jest już mniejszy a on już ma lepszy humor?
Oj rozgadał się mi chłopina ostatnimi czasy.
Do jego słów doszło ostatnio:
Żaba-Baba
Natalia-Tataja
Ciecierecie(kto zna ten wie)-Ci ci ci.
No i wypróbował też nową technikę tańca. Od teraz do wywijania kuperkiem doszły mu jeszcze rączki i naprawdę super to wygląda :)) szkoda że nie mogę pokazać
A ja staram się ostatnio robić tak, by nie dać się jesiennej chandrze. I tak naprzykład:
-Nie oglądam w tv wiadomości.-Wypróbujcie. To znacznie polepsza nastrój jak się człowiek odetnie od wiecznych tragedi i afer.
-Oddaje się całkowicie swoim hobby.
-Wychodzę na spacer
-Zaliczyłam ostatnio wizytę takich trzech :*
-No i najważniejsze. Co prawda ostatnio zaliczyłam potyczkę w postaci niezaliczonej poprawki z matmy, ale przynajmniej narazie przestaję się martwić tym wszystkim. Inaczej po prostu oszaleję. W każdym razie przystąpiłam, spróbowałam, uczyłam się. Sumienie czyste. A nawet jestem z siebie dumna!

Dziś byłam z wizytą u znajomych w ośrodku dla niepełnosprawnych, w którym kiedyś dużo spędzałam czasu, mama i siostra w tym czasie załatwiały jakieś tam swoje sprawy.
Na dalsze dni planów nie mam.
Same się napiszą.
Ostatnio też namiętnie szukam sposobu na rozsławienie swojego bloga.
W końcu im nas więcej tym lepiej


Pozdrawiam słonecznie:*

środa, 24 października 2012

Ble...

Bo tylko tak jak w tytule można określić mój obecny nastrój.
Zrobiłam się znowu płaczliwa...
Marudna...
Beznadziejna, bezużyteczna, psiocząca, warcząca.
I wcale nie chce taka być, ale czasami jak nie warknę i nie zademonstruje tej złości do całego świata to się uduszę czy co.
I po co? I na co? Przecież nic mi się nie dzieje. Mam co czytać, co robić, z kim siedzieć, pogoda piękna.
Ale nie pomaga mi ani książka, ani serial, ani muzyka, ani ruch, ani  nawet przebywanie z innymi.
Wiecie co? Czasem bym chciała żeby ktoś we mnie wstąpił i pewnymi rzeczami, problemami i sprawami pokierował za mnie...
A teraz ogłaszam wielkie reanimowanie dobrego humoru.
Dostałam zamówienia na pięć kartek świątecznych, hiszpański się sam nie nauczy...
Trzymajcie kciuki, żeby nikt mi dziś nie pokrzyżował planu jakim jest wyprostowanie mojego humoru...


Dziękuje wszystkim za głosy :* i Marcie mojej kochanej za pomoc przy ich zbieraniu:*


DOPISEK: A w dodatku dziś rano skasowałam sobie calutką galerię w komórce... Brawo Natalka. :/

wtorek, 23 października 2012

Szarość dnia...

Na podwórku szaro.
A mgła okala wszystko tak, że nic nie widać prawie.
Bolą mnie oczy.
Mam za sobą tylko w małym odsetku przespaną noc.
I rozwiane nadzieje...
I zepsute plany.
I tą irytującą już momentami nadzieję, że jednak się coś odmieni.
I problemy.
Ale z drugiej strony kto ich nie ma?
Igor chory. Popłakuje często, marudny.
Moje życie zaś zaczęło przypominać jedną wielką przewidywalną ciągłość.
Nie jest dobrze. Zaczyna mi się chcieć rzygać własnym życiem...
Nienawidzę samotności. Nie jestem i nie byłam i raczej nie będę odludkiem i potrzebuje towarzystwa.
Ciągłego.
Z drugiej jednak strony ostatnio porozglądałam się w około.
I doszłam do wniosku, że osoby które są przy mnie tak na prawdę i akceptują mnie taką jaką jestem  mogę policzyć na palcach.
Smutne.
Ale jednocześnie prawdziwe.
Mówiłam już komuś, że nie lubię jesieni...?
A zwłaszcza TEJ jesieni...?
A przede mną jeszcze zima...
RATUNKU!

Żeby jednak nie było tak całkiem do bani i beznadziejnie to przedstawiam wam dziś moją butelkę.:D
Powstała Ona techniką decoupage.
A w niedzielę powstała kartka.
Ślubna.
Idę na wesele do sąsiadów w tą sobotę i trzeba było coś wymyślić:))
Jak to dobrze, że prócz codzienności są jeszcze pasje :)

PS Mój hiszpański ma się coraz lepiej:)

niedziela, 21 października 2012

O blogowaniu słów kilka...

Pierwszy w swoim życiu blog założyłam dokładnie siedem lat temu w wieku lat dwunastu.


Fakt ten nastąpił gdzieś pomiędzy pierwszym zębem, a pierwszym krokiem malutkiego wówczas Adrianka.

Bloga założyłam dzięki fazie, gdy za wszelką cenę próbowałam dorównać swoim rówieśniczkom.

Jako, że nastała wtedy moda na "blogowanie" wśród młodzieży, to sama musiałam go mieć.

Blog opierał się na dodawaniu linków do ulubionych gier online, oraz notek w stylu:

"Siema!
Co u was? U mnie ok. Nie chce mi się chodzić do szkoły. Czemu nie komentujecie?
Napiszcie mi jeśli chcecie bym dalej pisała tego bloga. A teraz dodam kilka zdjęć
No to pa."


Zdjęciami nazywałam wówczas obrazki w stylu "Jakaś panna siedzi w kącie i chlasta się w żyłę żyletką" lub "Ta sama panna siedzi w kącie. Już sie nie tnie, tylko tuli do misia."
Klasyczne EMO. 



Jak sobie pomyślę że takie coś mi się podobało...

Potem blogowałam z przerwami, notki były już dłuższe, ale raczej w podobnym tonie, czasami napisałam jak spędziłam dzień, albo jaki film oglądałam...

Przełom nastąpił w okolicach liceum.

Ja wówczas siedemnastolatka natrafiłam wtedy na blogi Sadosi, Tosinków, Majcika...

Powoli dowiadywałam się, że blog to może być fajna pamiątka, sesja terapeutyczna w złe dni, sposób na poznawanie innych ludzi.

Uczyłam się w końcu od mistrzów... :))

Z upływem czasu postanowiłam podzielić się kilkoma moimi tworami literackimi, a następnie moimi radościami, smutkami, dziwactwami, strachami.
Dziś? 

Dziś nie wyobrażam sobie życia bez bloga.

Wiadomo, że nie robię tego jeszcze dobrze, ale jedno jest pewne-nie zamierzam narazie przestać.

Dzięki blogowi podszkoliłam troszkę mój styl pisania

Dzięki blogowi potrafiłam się pogodzić z moją chorobą, poradzić sobie z jej trudami. A

Dzięki blogowi mam wielu cudownych przyjaciół i to, że dzielą nas kilometry nie robi mi problemu. (Ale moje znajomości internetowe to temat na osobną notkę)



Dzięki blogowi zapamiętałam, że Igorek po raz pierwszy uśmiechnął się do mnie w... windzie.

I że Adrian już od małego miał duże poczucie humoru.

Dzięki komentarzom, które od Was dostaje czuję się doceniana i wiem, że nie jestem niektórym obojętna.


Bo dzięki temu blogowi ważne dla mnie osoby były ze mną w najważniejszych momentach mojego życia.


Dorastanie Adriana, moje liceum, bierzmowanie, matura, pierwszy wyjazd...

I chociaż moje poprzednie blogi zrządzeniem losu zniknęły gdzieś pośród milionów usuniętych stron to i tak nie ważne.

Skupiam się na tym co teraz. 

A wszystkim którzy tu wchodzą, komentują, są sercem i duszą... Po prostu-dziękuje :*

czwartek, 18 października 2012

Zmiany, zmiany

Co można się nauczyć w dziewięć dni?

Bardzo dużo. Uwierzcie mi.

Tego, że to co dawniej zajmowało ci prawie godzine teraz zajmuje ci niecałe pół.

Tego, że to że jestem niepełnosprawna to nie oznacza, że mam żyć inaczej.

Nauczyłam się wiary w to, że mogę założyć rodzinę, pracować, podróżować, udoskonalać talenty, a nawet uprawiać sporty.

(Swoją drogą-Czy wiecie że osoba niepełnosprawna może grać w piłkę nożną?

A, że rękami? I piłką rehabilitacyjną?

To nic.

Było łatwiej, lepiej, wkręciłam się w to tak mocno, że nawet zakwasy przestały mnie boleć :D Strzeliłam nawet dwa gole! Graliśmy też w unihokeja, w bule, strzelaliśmy z łuków. )

Nauczyłam się tego, by doceniać to co mam wokół.

Bo potem znajdujesz się z dala od domu i... Tęsknota.

Jak cholera.

Nauczyłam się, że jak się zaprę to wytrzymam. Wszystko.

Bo inaczej do domu wróciłabym już we wtorek, kiedy miałam jakiś kryzys albo inne licho. W każdym razie wyłam cały dzień.

Nauczyłam się prosić o pomoc, nie wstydzić się tego.

Dowiedziałam się, że lubię tańczyć i że w zasadzie to nie wychodzi mi to najgorzej. :))

Więc z tym bagażem doświadczeń wróciłam do domu.

Taka rozdarta...

Z jednej strony chciałam by to trwało. Z drugiej strony tęsknota była silna.

A w domu wszystko po staremu.

Przywitał mnie Adrian, troszke wyższy, pierwszoklasista, nadal taki sam śmieszek, szalony. Jego reakcja na mój powrót zrekompensowała mi wszystko.

I przywitał mnie Igorek. Z nieco skróconymi włoskami. A rozgadany jaki! Powtarza już coraz więcej.

A jego "Tataja..." to na moje uszy miód.

Powitał mnie mój pies, stęskniony obskakując mnie i obwąchując.

I te same meble i stary wózek.

(Ten sportowy niestety okazał się za wąski... Jakoś na nim przedybałam, ale może doprowadzić do odleżyn. Niestety trzeba go wymienić. A nie jest to kwestia groszy, ani stu złotych. Ani nawet dwóch tysięcy..

A ja stanęłam na środku domu wdychając dawne zapachy i nasłuchując dawnych dźwięków.

Mając w głowie głosy tamtych wspaniałych ludzi, czując w ustach smak tamtego cudownego jedzenia.

Słysząc śmiechy podczas zabaw, muzykę z ostatniej imprezy.

Czując adrenalinę przed każdym nowym wyzwaniem, a przed mając oczami te chwile spędzone na Krakowskim rynku, na targu staroci, w muzeum, w ulubionym "Empiku" i wieczorne przed telewizją.

To wszystko teraz wydaje mi się być już tylko snem...

Ale to było naprawdę.

Przypominają mi o tym ten dyplom który wisi nad biurkiem

i ten kubek w kuchni i książki, które przywiozłam, drewniana zabawka chłopaków

i kolczyki na uszach Oli.

To było naprawdę.

A ja...?

... Dałam radę.

Było ciężko a zarazem cudownie.

A teraz czas żyć dalej swoim życiem w nadziei, że mój bagaż doświadczeń tylko je wzbogaci...


Przepis na szczęście

Najpierw postawię dom.
Takiii byyyyyczyy!
Taki w którym zmieści się calutka moja rodzina.
Ja, moje siostry z rodzinami, rodzice.
I każdy będzie miał osobne wejście, by uniknąć ingerencji w życie innych.
Moja część będzie miała m.in. byczą i  niską(!) kuchnie, wielki salon, scraproom i biblioteczkę z tryliardem książek.
Potem wezmę Igora i Adiego do zabawkowego sklepu i powiem "Bierzcie co chcecie"
A potem pojadę do Meksyku... i wyślę Olę do Londynu na koncert.
(kto zna ten wie)
Potem kupię sobie samochód. Taki z podnośnikiem, z bajerami.
Najlepiej w pakiecie z szoferem.
Urządze ogród, zrobię maturę, nauczę się hiszpańskiego.
Potem pójdę na studia...
Jakiś harward... czy coś.
A potem zostanę politykiem,
ministrem,
premierem,
prezydentem...
I w końcu naprawię tej poryty kraj.
I tak- założę fundację...
I wyjdę za mąż.
I będę mieć czworo dzieci...


No... A teraz tylko zostało wygrać 50 milionów w totka.
Łatwizna, nie? ;)

środa, 17 października 2012

"Chcę, potrafię, jestem skałą..."

   Tytuł tej notki był moim motywem przewodnim tych dziewięciu dni.
   Najtrudniejszych i najpiękniejszych dni mojego życia.
   I nie żałuje.
   Żadnej wybeczanej łzy,żadnej kropli potu,
żadnej minuty kiedy tak bardzo tęskniłam za domem...
   Ani nawet tego siniaka na udzie :))
   Bo wiem, że gdyby nie ten wyjazd to nie przeżyłabym tych wszystkich wspaniałych momentów, kiedy po kolei starałam się radzić sobie ze wszystkimi trudami.
   A było ciężko.
Ale byłam na to przygotowana, bo na dzień dobry mieliśmy czterokilometrowy spacer.
Do domu wróciłam z jeszcze większą ilością bagażu. Zarówno tego materialnego jak i bagażu doświadczeń.
I wiecie co jeszcze powiem?
Dopiero tam będąc daleko od domu, przyjaciół, siostrzeńców doceniłam to co najważniejsze
I dziękuje wszysykim którzy wspierali mnie tymi wszystkimi smsami,telefonami.



Ewciu,Elusiu,Mariolu, Aniu,Tysiu,Mirrorku,Tosinki i moja kochana rodzinko a także wszyscy, o których zapomniałam!


Dziękuje :*** Jesteście prawdziwymi przyjaciółmi






I śpiewamy


"Łiii ar de czeempion maj frends" :d

wtorek, 16 października 2012

Się wyluzowałam...

Wczesne popołudnie.
Zirytowana i w złym humorze usiadłam w kuchni po raz dwunasty z rzędu przeglądając tę samą gazetkę promocyjną.
W końcu gdy moja mama wyszła na chwilę a mały zasnął w pokoju zrobiło się cicho...
Skorzystałam natychmiast.
Wymościłam się wygodnie w wózku, zaraz jednak zrobiło mi się nie wygodnie, więc przeklinając gruchota poprawiałam się w nim z pięć razy.
W końcu jest ok.
Zamykam oczy, zmęczone, bo dziś obudziłam się dość wcześnie, za to za sprawą wciągającej książki zasnęłam późno.
Ciiiisza.
Ciiiisza...
Słychać tylko tykanie zegara kuchennego...
I pochrapywanie Igorka w kojcu.
I niemalże czuje, jak zaczynam się odprężać i jak rozluźnia się niemalże każdy mięsień mojego ciała...
Gdy nagle:
DDDDDDDDDDDDDDDRRRRRRRRRRRRRRRYYYYYYYYYYYYYYYYŃŃŃŃŃŃŃ!!!
Podskakuje jak oparzona. No cóż. Nie dość, że nasz dzwonek jest i tak głośny, to na miejsce spoczynku wybrałam... centralny punkt jego głośniczka, pod ścianą. Więc w te pędy jadę tym moim wehikułem, a adrenalina podskakuje mi niemalże dwukrotnie, zwłaszcza, że wybudzenie małego, który zasnął przed paroma minutami nie było dobrym pomysłem.
Więc chwytam klucz którego tak nienawidzę. Przekręcam.
NIC.
Znowu przekręcam.
NIC
Więc klne w duchu po raz piętnasty chyba próbując otworzyć te pierdzielone drzwi. W końcu gdy palce mi już zsiwiały udało się.
Przede mną stoi pan.
Około pięćdziesiątki. Pomięty sweterek, nieogolona facjata.
"Dzień dobry? Czy ma pani może złom?"
Para zaczyna mi wręcz buchać uszami, a ja sama ledwo powstrzymuje się, by niegrzecznie odpowiedzieć, że tak. Na jednym złomie siedzę, a drugim otwierałam drzwi.
Ale się powstrzymałam...
Pan poszedł odprawiony z kwitkiem życząc mi miłego dnia.
Tak... ja panu też ;)

poniedziałek, 15 października 2012

Witam was "Siśkich"

Się przeniosłam.
Narazie się jeszcze przyzwyczajam!
Witam:*

Jak to jest..?- 21 lipca 2012


Jedni całe życie marzą o dziecku.
Wymyślają imiona, planują wspólne życie, chcą mieć kogoś dla kogo sie będzie miało żyć.
A jednak z niezależnych od siebie przyczyn nie dane jest im nigdy mieć własnych dzieci, starają sie całe lata. 
O ciąże. 
O adopcje, na którą w Polsce czeka się latami.
I wciąż na przekór mają nadzieję, że kiedyś im się uda.
I wystarczy włączyć telewizje, internet, gazetę.
I znów czytasz.
Pijana matka zabiła własne dziecko.
Rodzice zostawili córke na lotnisku i pojechali na wakacje.
Matka udusiła niemowlę, bo przeszkadzało jej płacząc...
Aż nie chce sie wierzyć...
Ile jest warte dziś życie?
Czy tak łatwo jest czasami oderwać się od innych, mniej ważnych spraw by przytulić swoje dziecko i pokazać mu że sie je kocha?
Czemu najlepiej jest uderzyć, przerwać komuś niewinnemu życie niż okazać jakieś uczucia?
Dlaczego dzieci otrzymują ludzie, którzy nie potrafią być rodzicami i wykorzystać tego daru?
Boże, dokąd my idziemy...?


Pamięci Madzi, Szymonka, Gabrysia oraz wszystkim dzieciom, którym nie dane było zaznać miłości.

"Droga do raju"- 17 lipca 2012


14 lipca br. roku wydałam za mąż trzecią z kolei siostrę.
Tą samą siostrę, która nie dalej jak dekadę temu oberwała odemnie badylem w łepetynę i tę samą, która kiedyś umyła mi głowę w taki sposób iż groziło mi ich obciecię na wskutek utworzenia się WIEEELGAŚNEGO kołtuna...
Och jaka ja byłam na nią zła! Na szczęście włosy odratowano. :D
Z okazji wesela przez cały ubiegły tydzień w mojej rodzinie panował istny chaos.
Zaczęły się przygotowania, zakupy.
O prawdziwy ból głowy przyprawiło mnie dobieranie bluzki do spodni,
spodni do bluzki, butów do spodni, butów do bluzki, koloru włosów do ubrania i makijażu do koloru włosów,prezentu itp itd etc...  ;).
Aż w końcu nadeszła godzina zero...
Byłam zdenerwowana podwójnie, ponieważ właśnie tego dnia miałam zaszczyt powitania relikwi św. Faustyny, papieża Jana Pawła II raz obrazu Bożego Miłosierdzia w mojej parafii oraz niesienia ich przed ołtarz.
No i ok.
Niby spoko, każdemu mówiłam, że nie denerwuje się wcale, ale jednak podświadomie coś się działo.
Można to stwierdzić np po tym, że tego dnia pierwszy posiłek zjadłam dopiero o godzinie 17 już na weselu i szczerze powiedziawszy chodź był on wyśmienity to prawie go w siebie wmusiłam... :/
Potem było już tylko lepiej. :))
Tak więc jadłam, śmiałam się, tańczyłam, śpiewałam.
I byłam baaardzo, baaardzo odprężona.
Z imprezy wyszłam dopiero o wpół do trzeciej nad ranem a uwierzcie mi, że jak na moją wytrzymałość w jednej pozycji od godziny 7:00 rano to było coś! ( No dobra, w międzyczasie zdążyłam się na chwilę położyć w jednym z pokoi w remizie o godzinie dwudziestej. Potem chulałam dalej :P )
Drugi dzień był jeszcze lepszy.
Tym razem na weselu pojawił się m.in. Igorek, który jest chrześniakiem panny młodej (na weselu został pod opieką cioci :) ).
Inne rodziny także zdecydowały się przyprowadzić swoje pociechy.
Maluchów było około dwudziestu (około połowy więcej niż w pierwszy dzień) i wszystkie jak jeden mąż czekały tęsknie na chwilę przerwy w tańcach ("A teraz idziemy na jednego" :P ) i uzbrojone w balony szalały ( z naciskiem na SZALAŁY) na parkiecie co jakiś czas przewracające się i okładające balonami.
Potem rozkręciły się coraz bardziej.
Tak więc czworo dzieci biegało wokół filara bawiąc sie w tzw berka i pare razy przygrzmociły o ten filar małymi łebkami,
dwoje wzięło trzecie za ramie i ku jego radości (a mojemu przerażeniu) powłóczyło go na podłodze przez całą salę.
Następna trójka ganiała się wokół mojego wózka,
jedno leżało obok mnie i wpatrywało się w wózek jak zahipnotyzowane (miłośnik motoryzacji chyba...:P).
Po chwili takiego chaosu wokół mnie , zdarłam sobie gardło od krzyczenia "Uwaga bo się poparzycie!!" ponosząc klęske pedagogiczną,  zaczęłam żałować iż podjęłam się ich pilnowania , a w głowie zaczęło mi się kręcić.
Zaplanowane sześcioro dzieci na przyszłość zweryfikowałam najpierw do czwórki,
potem do trójki, a potem stwierdziłam, że właściwie to ja się nad dziećmi muszę zastanowić... :P (Spoko, już mi przeszło, ale chce już trójkę :D )
A potem podszedł do mnie Adrian. 
Mój siostrzeniec na codzień rozbiegany, psocący, gadatliwy i szalony mały tajfun okazał się być NAJGRZECZNIEJSZYM i najspokojniejszym tam dzieckiem. 
Z szelmowskim uśmieszkiem podszedł do mnie podając mi rączke spytał kulturalnie 
"Mogę panią prosić do tańca?"
Więc jak już pozbierałam szczęke z parkietu,
odetkało mnie z dumy i zwalczyłam w sobie chęć by go schrupać,  ochoczo zgodziłam się i  przystąpiliśmy do baletu wyśpiewywając lecącą w tle muzykę na całe gardło.
Po skończonym tańcu Adek pocałował mnie w dłoń.
Rozpłynęłam się...
Słodziak 
Ale cóż się dziwić...

Ma to po cioci... :P 

PS Z oficjalnych i nieoficjalnych źródeł dowiedziałam się iż, mój blog ma o wiele więcej czytelników niż się spodziewałam (głównie od strony rodziny :)) )
To bardzo miłe aczkolwiek jeszcze milej będzie jeżeli dacie znak, że tu jesteście, a ja sama utwierdzę sie w przekonaniu, że nie pisze dla samej siebie :P
Także odezwijcie się!! Bo jak nie to będzie rzeź! :P
Dedykowane wszystkim którzy chcieli mnie zobaczyć :))
Ale niestety popatrzeć nie ma na co :/

Ale wtopa...- 9 lipca 2012

Leżę dziś na łóżku, ratując swą czcigodną osóbkę przed upałem kręcącym się tuż przy moim prawym boczku. W pewnej chwili podchodzi do mnie Adrian ze srebną tacą, na której ma arbuzy podtykając mi go pod nos.
Biorę kawałek, po czym skinam głową w stronę małego i mówię:
-Dziękuje
Na co ten piorunuje mnie wzrokiem i poucza
-Ciociu! Nie "dziękuje" tylko "dziękuje panie kelnerze!"

Ups... Na drugi raz zapamiętam

Gorrąco!- 5 lipca 2012

Jest upał.
Czyli coś czego nie lubię.
Przed wczoraj była taka parówka, że ściągnęłam rano kołdrę z łóżka, nawet się nie ubrałam i do godziny czternastej siedziałam na tym łóżku i nie miałam nawet ochoty wejść na komputer. (A uwierzcie, że jak ja nie idę na komputer, to już coś sie musi dziać)
Więc leżeliśmy sobie tak we trójkę. 
Ja, młodsza siostra i Igorek.
Chociaż on właściwie siedział sobie w wózku. I tak sobie leżeliśmy do czasu gdy zrobiło się troche chłodniej.
A Adrianek za to wybył na wakacje i od niedzieli nie widziałam go w ogóle. 
A jak pusto się zrobiło!!
W niedzielę nie bacząc na skwar wybyłam z siostrą i rodzicami w poszukiwaniu kreacji weselnych.
Na drugą sobotę nadejdzie ta wielka chwila kiedy moja trzecia już siostra z kolei wyjdzie za mąż.
I znowu wesele:D a przecież w sobotę minie rok jak się bawiłam na weselu tej drugiej... :D
Nie będzie mnie tylko na obiedzie, ponieważ zostałam poproszona przez radę parafialną bym jako niepełnosprawna osoba wraz z kolegą, który też jest na wózku uczestniczyła w powitaniu relikwi św. Faustyny oraz Jana Pawła drugiego.
Dlatego na wesele dotrę godzinę później i z jednej strony się cieszę, bo będę nieść relikwie świętych osób, tak ważnych dla świata.
Z drugiej jednak strony będę niosąc tak coś ważnego w centrum uwagi połowy mojej miejscowości czego ja nie lubię. :/
Ale co tam? 
Skupię sie na modlitwie i godnie będę reprezentować rodzinę.
A potem?
A potem to weselisko! :D
 
Do napisania!

23 czerwca 2012


Wiecie co?
Nie wiedziałam, że tak zwykła czynność jak skanowanie starych zdjęć z dzieciństwa skłoni mnie do takich refleksji i wspomnień.
Boże. 
Gdybyście wiedzieli jak Ja bardzo zmieniłam się od tamtego czasu!
Nigdy nie byłam zwykłym dzieckiem.
I nie myślcie że mówię tutaj o chorobie.
Nie w tym rzecz.
Bo do pewnego czasu moje ograniczenie było dla mnie tak zwykłe że nawet nie miałam sie kiedy nad tym zastanowić.
Nie chodziłam, nie biegałam, nie skakałam. 
Ale miałam takie maleńkie grono znajomych z sąsiedztwa które widywało mnie od zawsze taką samą i zdawali się jak ja nie dostrzegać różnicy. 
A jednak było we mnie tyle oryginalnych cech że do dziś się dziwie.
Byłam dzieckiem niezwykle gadatliwym.
Dzieckiem które najbardziej wolało towarzystwo starszych osób (ale to zostało mi do dzisiejszego dnia). 
Byłam dzieckiem tak łatwowiernym że patrząc na młodszą siostrę stawiającą pierwsze kroki myślałam, że ja tak nie mogę bo...Po prostu się nie nauczyłam.
Dzieckiem pomysłowym- Bo do dziś siostra mi wypomina że pewnego dnia po prostu wzięłam kija i wjechałam wózkiem do pokoju gdzie leżała a potem jej tym kijem drzysnęłam.
I najlepsze w tym wszystkim było to że ja nie chciałam jej zrobić krzywdy tylko odebrałam to jako dobrą zabawę. Chciałam jej po prostu zrobić psikusa. Ale... Nie wyszło:P
Do szóstego roku życia żyłam sobie spokojnie w domu aż pewnego dnia poszłam do zerówki.
No i się zaczęło! 
Ja "cycek mamin" od tej pory musiałam walczyć z samotnością dzieci, które wcale nie chciały się ze mną bawić, radzić sobie z tęsknotą za mamą, przemieszczać się na pupsku za dziećmi i za zabawkami po przedszkolnym dywanie.
A potem przyszedł czas na pierwszy prawdziwy ból kiedy to jedno z dzieci prosto w oczy powiedziało mi że Oni nie będą sie ze mną bawić bo jak jestem chora to przecież oni się zarażą i ja nagle wstane i pójdę a oni podzielą mój los kończąc na wózku.
Wiedziałam, że to absurd i nawet nie próbowałam tego odkręcać bo w końcu udało mi się zawrzeć pierwszą, prawdziwą przyjaźń która trwała potem bardzo, bardzo długo...
Ale od tego czasu aż do dziś irytuje mnie jak małą wiedzę posiadają ludzie nt niepełnosprawności.
Moje zerówkowe zmagania zbiegły sie wówczas z pierwszą, przedszkolną miłością, a także pierwszymi idolami na szklanym ekranie...
Bo najpierw była "Britnej Spirs" i jej sławny przebój "Baby one more time" rozgrywany w Hamerykańskim liceum. 
Jakiś czas później zaczęło się prawdziwe szaleństwo ogarniające mnie i moich rówieśników jak i 3/4 polski.
Czas kiedy na ekrany weszła telenowela "Zbuntowany Anioł" i gdy głównym tematem małych dziewczynek było obgadywanie poszczególnych odcinków.
Mnie również ogarnęło to szaleństwo.
Kochałam ten film i Natalię Oreiro. 
Bo przedewszystkim miała na imię Natalia.
Bo miała takie śliczne, brązowe loki!
Bo jak jej sie coś nie spodobało to przyszła do Iva i jak go w pysk palła!
No i przedewszystkim bo ładnie śpiewała. 
A muzyka była i jest dla mnie czymś naprawde ważnym.
Toteż sobie śpiewałyśmy.
Ona w kasecie.
Ja na kanapie obok radyjka. 
I marzyłam sobie o takim Ivie, o takim bogatym domu, księciu z bajki i karierze muzycznej.... 
Kolejne etapy mojego życia były to: pierwsza klasa, konkurs recytatorski, krótka aczkolwiek niezapomniana kariera solistyczna, kolejni idole,hospitalizacje, pierwsze miłostki,przyjaźnie na całe życie, komunia, wyjazd nad morze, ślub siostry, narodziny siostrzeńców, strachy, bóle, nadzieje, kompleksy...
Miliardy tych znaczących chwil w tak niekrótkim czasie.
A teraz?
A teraz mam osiemnaście lat.
Niby już dorosła ale wciąż jeszcze wgłębi ta mała Natalka.
Wciąż jeszcze wole seriale od bajek:P
Wciąż nierozumiem czasem jak bezwzględni ludzie.
Wciąż mam bogatą fantazję.
Wciąż kocham śpiewać.
Wciąż czasem robie dziwne głupie rzeczy. Takie nieprzemyślane.
I wciąż jeszcze jestem na tyle naiwna że sądze że pewnego dnia stanę sie bardzo znaną i szanowaną osobą.
A do tego bogatą i ładną. 
I że zamieszkam sobie pewnego dnia w ślicznej willi w południowej Ameryce.
Ja i mój...Ivo. ;)

Marzenia się spełniają- 21 czerwca 2012


Tak właśnie sobie wtedy  pomyślałam.
A jak pomyślałam tak i... zrobiłam. :)
Ale do rzeczy.
Kochani przechodzę ostatnie baaardzo ciężki, a jednocześnie bardzo satysfakcjonujący i pouczający dla mnie okres życia.
Około dwóch tygodni temu pewna ze znaczących osób w moim życiu dała mi namiary na fundację zajmującą się usprawnianiem osób po urazie rdzenia kręgowego. 
Fundacja Aktywnej Rehabilitacji.
Pierwszą moją reakcją był śmiech.
Że ja?
Po co?
Przecież się nie dostane!
Nie dam rady! 
Nie załatwię.
Dopiero potem na spokojnie usiadłam i zaczęłam weryfikować swoje plany.
Bo nie jest tajemnicą że pragnę mieć kiedyś własną rodzine.
Dzieci, męża, psa i ogród.
Że chce pracować z dziećmi z autyzmem i z zespołem downa.
Że przecież żebym się w końcu kiedyś zakochała i poszerzyła grono przyjaciół to muszę pojechać gdzieś i poznać nowe miejsca.
I że nie zrobię tego w momencie gdy prawie wszędzie potrzebna mi jest czyjaś pomoc.
I przedewszystkim to najważniejsze: Bo ja już nie chcę być dawną Natalią.
Bo zbyt wiele osób mnie widzi w świetle bezradnej, głupiutkiej i małej Natalci, którą trzeba się opiekować i mieć na nią oko.
I mam dosyć litościwych spojrzeń i tekstów starszych osób do moich przyjaciół i moich sióstr w stylu
"Jak to dobrze dziewczynki, że chociaż wy ją powozicie i popchacie wózek."  
Zawsze się wtedy czuję jakbym dostała tępym narzędziem prosto w pysk.
Ulatnia się dobry humor.
Odechciewa się spacerów.
I czuję nad sobą litość.
I dlatego właśnie napisałam.
I wiecie co?
To była najlepsza moja decyzja od wielu lat.
Od tego czasu konsekwetnie zaczęłam starać się być samodzielna.
Czasem wychodzi mi to gorzej, mam gorszy dzień i trochę sie wkurzam.
Ale na szczęście mija to szybko.
We wrześniu pojadę na dziesięciodniowe warsztaty usprawniające.
Sama.
Zdana na siebie i nie uzależniona od nikogo.
I może nawet pewnego dnia przestanę być traktowana jako małe, chore i bezsilne dziecko?
I może pewnego dnia ktoś widząc jak wiele potrafię zrobić w końcu pojmie że nie potrzebuje ciągłego pilnowania i opieki?
I może im nawet buty pospadają z wrażenia. :P

Jak to Natuśka-Czarownica z małego bączka w dorosłą babę się przemieniła...- 12 czerwca 2012


Poniższa notka będzie dziś wyłącznie zdjęciowa i zainspirowana dzięki Tosinkom:** Odgapiłam się! Mam nadzieje, że się Martuś nie pogniewasz? :*
 

Dzieciorkowy miszmasz- 11 czerwca 2011

Igor dzisiejszego ranka gdzieś pomiędzy "Dudusiem Wesołkiem" a "Kotem Jamesem" niespodziewanie przestał wykazywać zainteresowanie bajkami.
A szkoda... Prawie wciągłam się w perypetie bajkowych postaci i z zapartym tchem śledziłam zmagania Dudusia i Meli... Ale cóż było zrobić?
W końcu Ja-osiemnastoletnia kobieta nie mogę się kłócić z rocznym siostrzeńcem o bajkę.
Być może dziesięć lat temu to by przeszło... Ale dziś? :/
Młody zerwał swe słodkie cztery literki z podłogi i podążając do mojego "ciasnego-ale-wlasnego" pokoju wskazał palcem na głośnik i już wiedziałam...
Znaleźliśmy wspólny język z chwilą gdy z wspomnianego wyżej głośnika rozległo się wspaniałe i nie śmiertelne : "Taki mały, taki duży może świętym być!"
Spojrzeliśmy więc z młodym na siebie i ze zrozumieniem zaczęliśmy sobą potrząsać.
On kuperkiem.
Ja głową w takt.
I tak sobie balowaliśmy.
I tylko raz za czas dochodziło między nami do sekundowych konfliktów w stylu "Igor nie ruszaj klawiatury" "Igor nie wyłączaj komputera" "Igor nie pogłaśniaj tak!"
No bo co ma dziecko zrobić, że jego własna osobista ciotka traktuje własny komputer z uczuciami niczym ten statystyczny mężczyzna własny samochodzik z garażu?
Nic nie poradzi. Ot co!


...


Natomiast w dniu wczorajszym wybrałam się z rodzicami do pobliskiego (no dobra... Nie tak znowu bliskiego) "M1" oraz "Carrefour". A tam?


Zatrzęsienie ludzi. Zatrzęsienie dzieci.


Zaczęłam więc robić to co zwykle lubię czyli: spacerując mimochodem przyglądałam się reakcjom dzieci do lat ośmiu na moją zacną be em wu- wózek znaczy.


I tak na podstawie moich obserwacji wyłoniłam kilka typów dzieci supermaketowych:


1.Dziecko-Obczajocha: Dziecko patrzy na mnie wielgaśnymi oczami lustrując mój wózek oraz mnie całą od stóp do głów. Gdy już zorientuje się że go nie zjem spokojnie wraca spokojnie do przerwanych czynności tj. naciągania rodzica na dziesiątą paczke chipsów,, lub biegania między półeczkami.


2. Dziecko-detektyw. Czyli mała śliczna blondyneczka, która śledziła mnie od "CCC" aż do perfumerii. Gdy w końcu uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco dziecko czmychnęło między wieszaki pobliskiego butiku by w spokoju kontynuować obserwacje obiektu-Czyli mnie.


Były też takie które na mój widok uśmiechały się wesoło, ciekawskie które (nie)zaspokajały swą dociekliwość u rodzica.

"-Mamo! Czemu ta pani ma taki wózek?

-Cicho bądź!"


oraz te w wieku Igorka które na mój wózek słodko szczebiotały "bruum" Bruum" pokazując na mnie paluszkiem.


A szczyt tych obserwacji nastąpił koło kas podczas gdy byłam już zbyt zmęczona by reagować na to co dzieje się wokół kiedy nagle pojawiło się dwóch chłopców: Starszy w wieku około komunijnym spojrzał na mnie nieprzychylnym wzrokiem po czym szepnął na tyle głośno że mogłam to usłyszeć wyraźnie:


"-O cholera! Ale gruba baba!"


po czym pokazał mi środkowego palca, na co młodszy- (czterolatek na moje oko) ucieszony przytaknął


"-No! Ale gruba baba!"


No cóż.


Do chudych nie należę.


Trochę z własnej winy, ale bardziej z winy choroby i odmiennej anatomii.


Znaczy się spostrzegawczy!

W końcu nie są pierwszymi którzy zdążyli to zauważyć. (Podobną sytuacje opisałam kiedyś Tosinkowej mamie w komentarzu)


I nawet mnie to nie zabolało.


W końcu oglądam się w lustrze i się widze.


Tylko skąd w ustach tak małych dzieci już takie słowa?


I aż chce się zadać to sławne pytanie rodem z Interii:


"A gdzie byli rodzice?" ( Z tego co widziałam zajęci byli rozpakowywaniem zakupów z koszyka)






PS Ale żebyście nie myśleli! Dzieci lubie nadal i mimo wszystko :D

Taki młody a już wie! - 4 czerwca 2012



Wczorajsze, baaardzo leniwe popołudnie.
Adrian majstruje przy zabawkach na stole. 
Jesteśmy na podwórku, ptaszki śpiewają.
No to wyciągam się na wózku i obserwuje młodego, który znudzony próbuje znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie.
Nagle słysze:
"Już wiem! Pobawię się w bank!"
Wpada na pomysł. Sprząta stanowisko na stole, robi prowizorycznego laptopa, układa się wygodnie na siedzonku, po czym zamyka oczy i zaczyna głośno...chrapać.

Hm... Takie to młode a już wie jak presperują firmy w Polsce... :D