niedziela, 30 października 2011

Witam sie./Wielka mała stopa idzie sobie w świat

Chodzi.

Tak po prostu chodzi!

Mój mały siostrzeniec.

Moja perełka która jeszcze niedawno nie potrafiła sama siedzieć.

Która dopiero od paru tygodni raczkowała.

Igor jako prawie jedenastomiesięczny chłopiec rozwija się w zastraszającym tępie.

Nie jest to jeszcze chód stabilny, nóżki się chwieją a po mniej więcej dziesięciu krokach młody "klap" na pupę i koniec podróży.

Ale przecież jeszcze wczoraj tych kroków było zaledwie...trzy.

Cieszę się jak wariatka.

CHODZI!




Witam w moim całkiem nowym i mam taką nadzieję, że już stalym blogu. W linkach oczywiście umieszczony zostanie mój poprzedni blog i tam nowi czytelnicy będą mogli się o mnie cokolwiek dowiedzieć.

A więc rozgośćcie się tutaj, czujcie się jak u siebie...w blogu. 

I komentujcie! 

Lubię czuć waszą obecność.

Nawet w komentarzach.

Adios :*

środa, 26 października 2011

Nie mam koncepcji na tytuł :p


Uwaga! Poniższa notka jest inspiracją powstałą na skutek moich blogowo-komentarzowych rozmów z Tosinkową mamusią, która to też czasem ma złe dni i wie dobrze jak to  jest mieć „dzień na NIE” i którą na wstępie pozdrawiam i całuje w pysia i brzusia (jako jedyną forme okazania uczuć Anielce :D ):
Kiedyś, nie tak dawno poszłam do szkoły. Miałam wtedy nieliczną lekcje ze swoją klasą.
Jako że stanęłam przed wieeelkiiim postrachem zwanym potocznie „schodami” potrzebowałam jak najszybszej interwencji osób silnych,umięśnionych i śmiałych.
(Tu mile widziani mężczyźni z ubezpieczeniem zdrowotnym i namiętnie jedzący Danonki).
Gdy już znalazłam się u góry podeszła do mnie znajoma.
(Nazwę sobie ją Panna X. Panna X nie czyta tego bloga. W zasadzie znamy się z widzenia i gadamy dość rzadko) i zaskoczyła mnie stwierdzeniem.
„-Tobie to dobrze…faceci Cię na rękach noszą”
Zachichotałam jako że na żarcie sie znam, mimochodem i ze współczuciem obserwując kolegów czerwonych z wysiłku.
(Uwierzcie mi na słowo. Ja w połączeniu z moim pojazdem mamy taką wagę że transport ze schodów jest wyczynem godnym szanownego pana Pudzianowskiego)
Panna X rozkręciła się mimowolnie
„-No i szkołę masz tylko trzy razy w tygodniu. To się nie umęczysz zanadto, nie musisz nigdzie latać i nogi cie nie bolą! Każdy ci pomaga. Każdy jest miły”
Spojrzałam na Pannę X. Mówiła ŚMIERTELNIE poważnie.
Mine miała wręcz taką jakby zazdrościła mi mojego kalectwa! A to chore!
Mimowolnie skręciło mnie w żołądku.
Owszem. Jestem na indywidualnym toku, szkołę mam trzy razy w tygodniu.
I dzięki temu (albo raczej „Z tego powodu”) widzę sie z moją klasą rzadko, za rzadko.
Lekcje z nimi taką jak tą wspomnianą mam może raz na pare tygodni.
Chociaż na prawde staramy się żyć w fajnych stosunkach i się nam udaje. :)
Lekcje mam w osobnym budnynku, więc w zimie zapominam jak wyglada szkoła,
bo nie będę kurcze blade brnąć w zaspach przez dziedziniec tylko po to żeby sie „przejść”
i sobie posiedzieć na przerwie  która ma TYLKO dziesięć minut.
Po pierwsze jak sobie czasem żartuje „nie ma kół zimówek”.
A po drugie zaraz bym była „zasmarkana”. I po co?
A do tego mam okrojony materiał który non stop musze nadrabiać i dzięki któremu raczej pożegnam sie z maturą.
Jestem sama z nauczycielem który jako że nie ma nikogo innego jedyną osobę którą pyta i sprawdza zadania jestem Ja.
Nie mam się tam z kim śmiać i od kogo ściągać, pożyczyć ołówka, przesyłać liściki.
Bo chociaż tak jak Ja indywidualny tok ma moja przyjaciółka to zajęcia i tak musimy mieć osobno.
W szarych zimnych pokojach.
Nie ma tam tablicy, porysowanych ścian, obitych ławek, gazetek.
Jest czysto i cicho a do tego ciasno.
A do tego wiele bym dała żeby nogi zaczęły mnie boleć i mogłam sie umęczyć wchodzeniem po schodach
albo za bieganiem za siostrzeńcami czy jeździe na rowerze.
I wiele bym dała żebym mogła chodzić do liceum jak każdy w moim wieku.
Ale tak się nie stało, nie staje i nie stanie.
I trudno. Muszę żyć.
I wiem, że mogłam sie urodzić w patologicznej, niekochającej mnie rodzinie,
nie mieć nawet jednej koleżanki, żadnego okna na świat i żyć w skrajnych ubóstwie.
I że powinnam żyć pełnią siły, nigdy sie nie poddać, często uśmiechać i nie traktować siebie jako gorszą.
Bo nie jestem gorsza.
I wiem, że mogło być ze mną źle, bo osoby z moim schorzeniem w 80% posiadają wodogłowia i zastawki. Jestem w tych 20% za co dziekuje Bogu.
Tylko niech nikt nie mi nie wmawia że mam się cieszyć z własnych ograniczeń i że jest mi idealnie!
Bo nie jest.
Bo przeżyłam jako noworodek dwie operacje.
Bo nie mogłam odrazu jak inne dzieci wrócić do domu po tygodniu, a po miesiącu.
Bo moje ciało chcąc nie chcąc wygląda inaczej.
Bo nie urodzę nigdy upragnionego dziecka.
Nie nauczę go jady na rowerze.
Nie zatańcze jak inni na swoim weselu w taki sposób jaki chce.
I zawsze bede musiała znosic kolejne upokarzajace,bolesne badania.
I bo zawsze już zostanę uziemiona i zdana na kogoś innego.
A przedewszystkim dlatego że ZAWSZE znajdzie sie ktoś kto mi powie, że nie mam prawa do narzekania.
I nie chce by ktoś sądził, że jestem na swoim punkcie przewrażliwiona.
Nie jestem.
Umiem żartowac z choroby, mam plany, lubie rozmawiać o swojej chorobie, nie ma dla mnie tematu tabu.
Ale ja jestem tylko człowiekiem.
I czasem niestety mam pod górę.
PS Rente dostałam. Za drugim razem sie udało.

sobota, 1 października 2011

Jak szybko mija życie, jak szybko mija czas...

Od dnia gdy postanowiłam „przyjść” na świat mija dziś lat osiemnaście.
Tym samym ogłaszam państwu czytającym, a przede wszystkim samej sobie
(bo nie dociera to do mnie jeszcze…)
iż od dnia dzisiejszego jestem osobą PEŁNOLETNIĄ.
Mija moje osiemnaście lat.
Osiemnaście lat naprawdę fajnego a zarazem bardzo szalonego życia.
Przez te wszystkie lata zdobyłam prawdziwych i niezastąpionych przyjaciół,
dwukrotnie zostałam ciocią,płakałam, śmiałam się, zdobywałam kolejne sukcesy,
porażki i nabierałam różnych doświadczeń,
ale też szlifowałam swój baardzo trudny charakterek jakim obdarzył mnie ten na górze…
I choć czasem bywało ciężko to dziś wcale nie żałuję żadnej z sekund mojego życia.
Bo nawet jeżeli czasem bywało, gdy wielokrotnie cierpiałam,
lub wkurzałam się na moje odmienne życie, chorobę, ograniczenia,
to dzisiaj już wiem, że nie zamieniłabym swojego życia za nic w świecie…










PS Ale jak by ktoś pytał to ja nadal mam dziesięć lat…