czwartek, 15 grudnia 2011

Bajka...

Dawno temu, w pewnej małej miejscowości,
ku uciesze tabunu cioć, wujków,dziadków,starszego brata i rodziców,
na świat przyszedł mały chłopiec.
Od początku swojego życia był on słodkim, 
grzeczniutkim bobaskiem z mądrymi niebieskimi oczkami.
Część jego rodziny (Np. zmotoryzowana ciocia Natalia) nie mogła zobaczyć go od razu,
bo dzidziuś gdy miał niespełna paręnaście godzin został zabrany od zmartwionej mamusi i umieszczony w mało atrakcyjnym, pustym łóżeczku,
 z dala od cycusia i ciepełka mamuni, 
z powodu katarku, który był pozostałością, po dostaniu się do jego płucek płynu owodniowego, który uniemożliwiał spokojny oddech.
Później jednak dzięki Bogu wszystko potoczyło się dobrze, wrócił do mamy, 
a po tygodniu poznała go już CALUTKA rodzina, 
która oszalała na jego punkcie.
I tak rósł, piękniał, nabierał nowych umiejętności 
i wciąż jest jedną z najważniejszych osób w moim sercu.


Igorku. 
Za chwilę pewnie tu wparujesz wraz z Adrianem, po którego to poszedłeś do przedszkola i wasze głosiki zapełnią calusieńki dom.
Jak będziesz starszy, to ciocia Natalia da ci przeczytać swoje wypociny blogowe i dowiesz się, że Twoje pojawienie się na świecie, było cudownym przeżyciem, dokładnie tak samo ważne jak to którego zaznałam także sześć lat wcześniej, gdy urodził się Adrianek.
I chcę żebyś wiedział, że jesteś cudownym lekiem na całe to zło, które czasem mnie dotyka i twój uśmiech jest dla mnie witaminą, od której się uzależniłam.
Dziękuje Ci za to, że jesteś i że wybaczasz mi to że nie mogę Cię swobodnie wziąć na ręce, powozić w wózku, albo po prostu pobiegać z tobą po ogrodzie. 
W twoim wielkim dniu jakim jest ukończenie pierwszego roku życia chcę Ci powiedzieć, że... bardzo Cię kocham. Po prostu.
Sto lat Miniusiu:*

wtorek, 22 listopada 2011

Es hora de ... invierno!/ Disculpa.



Nie byłam na spacerze od trzech tygodni.
Ręce zimne mam prawie cały czas. ( Od kółek wózka, a jakże?)
Smakuje mi już tylko gorąca herbata.
Media zaczynają "ubierać się świątecznie"
A w pogodzie zapowiadają śnieg.
A ja?
Nadal boleje nad brakiem zimówek. (Kto zna ten wie :P)
A to oznacza tylko jedno...
Bo o to nadchodzi ona...
Biała,mroźna,długa,
osiemnasta zima mojego życia.



PS Z miejsca chcę przeprosić Martusię, której dziś nieświadoma swego haniebnego czynu "wykrakałam" pobudkę jej dwóch uroczych synów :D. 

Natomiast co do twej drugiej odpowiedzi Martuś, to zadziwiam Cię po prostu bo... ja jestem dziwna z natury :D po prostu. 


PS2 Przepraszam także moją młodszą siostrę znaną niektórym jako Olę, za to że w tamtym tygodniu nie widząc jej osoby i będąc zaoferowana innymi sprawami prawie zmiażdżyłam ją drzwiami mojej własnej łazienki. 

Perdoname. :D



Miałaś rację Marto. Wiedźma. Wiedźma jakich mało :D

Strach się bać!


Adios:***

piątek, 11 listopada 2011

Jak nie urok to... szyja.



Wczoraj wieczorem położyłam się spać, pomimo wolnego, oraz zaplanowanego maratonu i filmowego.
Co prawda wcześniej strasznie kleiły mi się oczy, ale nie mogłam zasnąć. 
Przewracając się na drugi bok po raz kolejny, poczułam w szyi lewy dotkliwy ból.
Po lewej stronie, tuż pod uchem.
Na początku pomyślałam, że to świnka, zapewne za sprawą czytanego wcześniej po raz n-ty "Kwiatu kalafiora" (kto zna, ten wie).
Jako że jestem hipochondryczką (niczym Ida Borejko :D) przez następną godzinę sprawdzałam się by sprawdzić czy aby nie puchnę.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. 
Dziś rano wstałam i zdałam sobie sprawę, że opuchlizny ani śladu, za to ból jeszcze gorszy niż wczoraj.
I szybko przypomniałam sobie jak wczoraj z narzuconym byle jak polarem dwukrotnie przemierzałam dziedziniec szkolny, mimo czterech stopni, a także wczorajsze, poranne słowa mojej Mamy : "Weź sobie ubierz szalik, bo cie zawieje."
Nie ubrałam.
Zawiało.
A gdybym tylko posłuchała innych, to dziś nie śmierdziałabym "Amolem" 
(chociaż Madzi akurat by nie przeszkadzał? xD) nie miałabym ograniczonego skrętu szyją i poszłabym na scholę.
I moje plany wzięły w łeb.
Kiedy ja w końcu dorosnę?
Niech mnie ktoś przytuli. :(

niedziela, 30 października 2011

Witam sie./Wielka mała stopa idzie sobie w świat

Chodzi.

Tak po prostu chodzi!

Mój mały siostrzeniec.

Moja perełka która jeszcze niedawno nie potrafiła sama siedzieć.

Która dopiero od paru tygodni raczkowała.

Igor jako prawie jedenastomiesięczny chłopiec rozwija się w zastraszającym tępie.

Nie jest to jeszcze chód stabilny, nóżki się chwieją a po mniej więcej dziesięciu krokach młody "klap" na pupę i koniec podróży.

Ale przecież jeszcze wczoraj tych kroków było zaledwie...trzy.

Cieszę się jak wariatka.

CHODZI!




Witam w moim całkiem nowym i mam taką nadzieję, że już stalym blogu. W linkach oczywiście umieszczony zostanie mój poprzedni blog i tam nowi czytelnicy będą mogli się o mnie cokolwiek dowiedzieć.

A więc rozgośćcie się tutaj, czujcie się jak u siebie...w blogu. 

I komentujcie! 

Lubię czuć waszą obecność.

Nawet w komentarzach.

Adios :*

środa, 26 października 2011

Nie mam koncepcji na tytuł :p


Uwaga! Poniższa notka jest inspiracją powstałą na skutek moich blogowo-komentarzowych rozmów z Tosinkową mamusią, która to też czasem ma złe dni i wie dobrze jak to  jest mieć „dzień na NIE” i którą na wstępie pozdrawiam i całuje w pysia i brzusia (jako jedyną forme okazania uczuć Anielce :D ):
Kiedyś, nie tak dawno poszłam do szkoły. Miałam wtedy nieliczną lekcje ze swoją klasą.
Jako że stanęłam przed wieeelkiiim postrachem zwanym potocznie „schodami” potrzebowałam jak najszybszej interwencji osób silnych,umięśnionych i śmiałych.
(Tu mile widziani mężczyźni z ubezpieczeniem zdrowotnym i namiętnie jedzący Danonki).
Gdy już znalazłam się u góry podeszła do mnie znajoma.
(Nazwę sobie ją Panna X. Panna X nie czyta tego bloga. W zasadzie znamy się z widzenia i gadamy dość rzadko) i zaskoczyła mnie stwierdzeniem.
„-Tobie to dobrze…faceci Cię na rękach noszą”
Zachichotałam jako że na żarcie sie znam, mimochodem i ze współczuciem obserwując kolegów czerwonych z wysiłku.
(Uwierzcie mi na słowo. Ja w połączeniu z moim pojazdem mamy taką wagę że transport ze schodów jest wyczynem godnym szanownego pana Pudzianowskiego)
Panna X rozkręciła się mimowolnie
„-No i szkołę masz tylko trzy razy w tygodniu. To się nie umęczysz zanadto, nie musisz nigdzie latać i nogi cie nie bolą! Każdy ci pomaga. Każdy jest miły”
Spojrzałam na Pannę X. Mówiła ŚMIERTELNIE poważnie.
Mine miała wręcz taką jakby zazdrościła mi mojego kalectwa! A to chore!
Mimowolnie skręciło mnie w żołądku.
Owszem. Jestem na indywidualnym toku, szkołę mam trzy razy w tygodniu.
I dzięki temu (albo raczej „Z tego powodu”) widzę sie z moją klasą rzadko, za rzadko.
Lekcje z nimi taką jak tą wspomnianą mam może raz na pare tygodni.
Chociaż na prawde staramy się żyć w fajnych stosunkach i się nam udaje. :)
Lekcje mam w osobnym budnynku, więc w zimie zapominam jak wyglada szkoła,
bo nie będę kurcze blade brnąć w zaspach przez dziedziniec tylko po to żeby sie „przejść”
i sobie posiedzieć na przerwie  która ma TYLKO dziesięć minut.
Po pierwsze jak sobie czasem żartuje „nie ma kół zimówek”.
A po drugie zaraz bym była „zasmarkana”. I po co?
A do tego mam okrojony materiał który non stop musze nadrabiać i dzięki któremu raczej pożegnam sie z maturą.
Jestem sama z nauczycielem który jako że nie ma nikogo innego jedyną osobę którą pyta i sprawdza zadania jestem Ja.
Nie mam się tam z kim śmiać i od kogo ściągać, pożyczyć ołówka, przesyłać liściki.
Bo chociaż tak jak Ja indywidualny tok ma moja przyjaciółka to zajęcia i tak musimy mieć osobno.
W szarych zimnych pokojach.
Nie ma tam tablicy, porysowanych ścian, obitych ławek, gazetek.
Jest czysto i cicho a do tego ciasno.
A do tego wiele bym dała żeby nogi zaczęły mnie boleć i mogłam sie umęczyć wchodzeniem po schodach
albo za bieganiem za siostrzeńcami czy jeździe na rowerze.
I wiele bym dała żebym mogła chodzić do liceum jak każdy w moim wieku.
Ale tak się nie stało, nie staje i nie stanie.
I trudno. Muszę żyć.
I wiem, że mogłam sie urodzić w patologicznej, niekochającej mnie rodzinie,
nie mieć nawet jednej koleżanki, żadnego okna na świat i żyć w skrajnych ubóstwie.
I że powinnam żyć pełnią siły, nigdy sie nie poddać, często uśmiechać i nie traktować siebie jako gorszą.
Bo nie jestem gorsza.
I wiem, że mogło być ze mną źle, bo osoby z moim schorzeniem w 80% posiadają wodogłowia i zastawki. Jestem w tych 20% za co dziekuje Bogu.
Tylko niech nikt nie mi nie wmawia że mam się cieszyć z własnych ograniczeń i że jest mi idealnie!
Bo nie jest.
Bo przeżyłam jako noworodek dwie operacje.
Bo nie mogłam odrazu jak inne dzieci wrócić do domu po tygodniu, a po miesiącu.
Bo moje ciało chcąc nie chcąc wygląda inaczej.
Bo nie urodzę nigdy upragnionego dziecka.
Nie nauczę go jady na rowerze.
Nie zatańcze jak inni na swoim weselu w taki sposób jaki chce.
I zawsze bede musiała znosic kolejne upokarzajace,bolesne badania.
I bo zawsze już zostanę uziemiona i zdana na kogoś innego.
A przedewszystkim dlatego że ZAWSZE znajdzie sie ktoś kto mi powie, że nie mam prawa do narzekania.
I nie chce by ktoś sądził, że jestem na swoim punkcie przewrażliwiona.
Nie jestem.
Umiem żartowac z choroby, mam plany, lubie rozmawiać o swojej chorobie, nie ma dla mnie tematu tabu.
Ale ja jestem tylko człowiekiem.
I czasem niestety mam pod górę.
PS Rente dostałam. Za drugim razem sie udało.

sobota, 1 października 2011

Jak szybko mija życie, jak szybko mija czas...

Od dnia gdy postanowiłam „przyjść” na świat mija dziś lat osiemnaście.
Tym samym ogłaszam państwu czytającym, a przede wszystkim samej sobie
(bo nie dociera to do mnie jeszcze…)
iż od dnia dzisiejszego jestem osobą PEŁNOLETNIĄ.
Mija moje osiemnaście lat.
Osiemnaście lat naprawdę fajnego a zarazem bardzo szalonego życia.
Przez te wszystkie lata zdobyłam prawdziwych i niezastąpionych przyjaciół,
dwukrotnie zostałam ciocią,płakałam, śmiałam się, zdobywałam kolejne sukcesy,
porażki i nabierałam różnych doświadczeń,
ale też szlifowałam swój baardzo trudny charakterek jakim obdarzył mnie ten na górze…
I choć czasem bywało ciężko to dziś wcale nie żałuję żadnej z sekund mojego życia.
Bo nawet jeżeli czasem bywało, gdy wielokrotnie cierpiałam,
lub wkurzałam się na moje odmienne życie, chorobę, ograniczenia,
to dzisiaj już wiem, że nie zamieniłabym swojego życia za nic w świecie…










PS Ale jak by ktoś pytał to ja nadal mam dziesięć lat…

wtorek, 20 września 2011

Pędzimy

Na podwórku od paru dni leje deszcz, a nawet nie deszcz, tylko przenikliwie zimna mżawa…
Życie pędzi mi tak szybko że ledwo daje radę ogarnąc, który to dzień mam w kalendarzu.
Ostatnio przeszłam badania związane z kontrolą moich kamieni nerkowych.
Zadomowiły się na dobre,
więc się nie poddaje i bezwzględnie wyganiam je czystą, mineralną, pyszną(fuj ) wodą…
Jedna z moich nerek po raz kolejny przy USG zrobiła psikusa i
by ją znajść biedna pani doktor musiała jej szukać dobre dwadzieścia minut!
Wynika to z „innego” niż u zdrowego człowieka układu moczowego.
Po prostu.
Mojej nerce się nie podoba tam gdzie powinna być!
Chodzą też spekulacje jakoby po prostu lubiła się w zabawach w chowanego.
No to nic. Niech sie chowa.
Oddając dziś deklarację maturalną poczułam się niewyobrażalnie stara…
Nie ma już człowieka, który spotykając mnie pyta przedewszystkim
co zrobie po ukończeniu szkoły ze swoim życiem…
Ostatnio odbyłam poważną rozmowę na ten temat pewną bardzo bliską mi osobą, która wszczepiwszy we mnie trochę nadziei zmotywowała mnie do pewnej weryfikacji planów.
Tak więc stanę do matury, potem bez względu na wynik pójdę na studium terapi zajęciowej, ewentualnie poprawię wynik egzaminów.
Ewentualnie, bo na studium wcale nie trzeba matury mieć.
I jeżeli drugi raz mi sie nie powiedzie, to będę kontynuować studium.
I może pewnego pięknego dnia zrobie sie na tyle dojrzała, wyciszona, zmotywowana i inteligentna by zdać?
Może za dwa lata, za pięć?
A może nigdy?
Tylko ten na górze to wie…
Reszta moich planów zostanie zaś bez zmian, mówiąc tu o spełnianiu swych przyjemności,
oddaniu sie hobby, pielęgnowaniu życia rodzinnego i towarzyskiego.
Mówiąc krótko:zwykłej Natusiowej egzystencji.
Tak więc we wrześniu przyszłego roku planuje wyjazd na turnus rehabilitacyjny z jedną z przyjaciółek.
Termin już zaklepany i nie mogę się doczekać!

niedziela, 7 sierpnia 2011

Życie biegnie, a ja nie nadążam…/ Moje nierozumiane plany życiowe.


Za mną półmetek moich wakacji.
Do moich osiemnastych urodzin niepełne dwa miesiące.
Za trzy tygodnie zacznę mój ostatni rok szkolny.
I tu najprawdopodobniej kończę swą edukację…
To będzie mój pierwszy, samodzielny wybór jako pełnoletnia osoba.
Nie powiem, tym krokiem już wzbudzam sensacje, zgorszenie, wściekłość.
I to nie  mojej  najbliższej rodziny.
Oni to  akceptują.
Nie rozumieją to osoby, które (przepraszam jeżeli urazę tu kogo kolwiek) ale wiedzą  o mnie tyle co nic!
I to mnie rani…
Bo teraz to  ja nie rozumiem ich.
Nie rozumiem, dlaczego ja MUSZE być super inteligentna?
Dlaczego muszę iść na studia?
Dlaczego muszę się uczyć rzeczy, które mnie nie interesują,
które mi nie będą potrzebne?
Dlaczego na siłę musze pasować do układanki ludzi wykształconych?
Inni są wykształceni?
To świetnie!
Podziwiam!
Ale ja nie chcę meczyć się na studiach,
mam problemy z koncentracją, nie potrafię się uczyć, od pisania notatek szybko boli mnie ręka.
A ja jestem nerwowa i jak mam odrobić lekcje to mnie trafia jasny gwint.
I to nie tak, że nie wierzę w siebie, robię z siebie cierpiętnice, bo choroba, bo jestem słaba.
Możecie tak sobie myslec,
chyba się na to muszę udodpornić
Jestem na tyle silna, że zdecyduję się sprzeciwić panującym normom.
Choroba mnie może ogranicza, ale nie czuje się gorsza.
Potrafię z niej żartować
Tylko jak każdy człowiek mam słabości.
Jak każdy.
 Co z tego że pójdę na wymarzoną pedagogikę, by potem uczyć polskiego, religi,
skoro na studiach bede mieć pełno nieprzydatnych egzaminów, oraz przedmiotów?
Ja nie rozumiem, co złego jest w tym,
że zostałabym w domu?
Na rencie?
Skoro tak żyje połowa niepełnosprawnych,
mając przyjaciół,
znajdując miłość,
będąc szczęśliwym?
Depresja mi proszę państwa nie grozi.
Nie sądze, że stracę przyjaciół, bo ufam im, na tyle,
że choć wiem, że będą mnie motywować do robienia kariery,
to jeżeli mi się nie uda albo się poddam, to zaakceptują ten fakt.
Na brak zajęć też nie będę narzekać..
Mogę pomagać mamie w miarę swoich możliwości,
Mogę pilnować  siostrzeńca.
Akurat zacznie chodzić, więc będziemy spacerować, bawić się, śpiewać wygłupiać.
Starszemu będę za to pomagać w lekcjach, będziemy najlepszymi kumplami.
Mogę nauczyć się szyć, haftować, robić na drutach.
Mogę doszkalać angielski, hiszpański.
Uczyć się jezyków DLA SIEBIE.
Będę gotować, bo mnie to kręci!
Będę mogła scrapować.
To nie jest dla mnie obciachem!
Z domu też czasem się wyrwę,
zapiszę się do jakiś stowrzyszeń,
będę gonić za finansowaniem mi kursów  o których marzę,
za obozami, turnusami rehabilitacyjnymi.
Zresztą miejscowość w której żyje kocham bo to taka mała ojczyzna i
lekiem na całe zło czasem jest głupi spacer, piętnaście metrów od domu.
A potem jak Bóg da, to albo siąde w domu jako kura domowa,
piorąc, gotując i sprzątając swoim dzieciom i mężowi,
albo piorąc i sprzątając i gotując nie swoim dzieciom, lecz siostrzeńcom.
Bo bycie gospodynią domową, też jest zawodem!Tylko, że tu walutą jest miłośc.



Moja mama co prawda zrezygnowała nie z własnej woli, żeby mnie wychować, lecz z przymusu.
Ale przez całe moje życie była w domu  i wiem, że tak też można żyć.
Cóż.
Być może nie dorosłam i popełnię największy błąd w moim życiu.
Ale przecież człowiek by się czegoś nauczyć musi zrobić błędy.
Jak nie zdam teraz matury, a za jakiś czas stwierdzę, że chcę iść dalej, że chcę się uczyć, to się zapre!
Nazbieram pieniądze,zrobie maturę prywatnie, pójdę na studia.
Wiem, z samej renty, nie pracując nie będę żyć w luksusie.
Będę musiała się wyżec wielu rzeczy, o których marzę.
Zapewne niedługo zacznę się chwytać byle jakich zajęc by sobie dorobić.
Lecz nie myślcie sobie.
To nie jest tak, że nie przyłożę starań, w tym roku szkolnym.
To nie jest tak, że edukacja jest dla mnie nie potrzebna, wroga…
Edukacja jest potrzebna! Będę to powtarzać moim siostrzeńcom, moim dzieciom,
znajomym moich dzieci,czy dzieciom znajomych.
Itd. Itp.
Każdy musi iść do szkoły, musi przeżyć te lata szkolne,
bo dzięki szkole prócz nauki zdobywamy przyjaciół,
super wspomnienia.
można się nauczyć obcować z innymi.
Ale jeżeli już przez to przebrniesz i nie chcesz ciągnąć tego dalej, to czy jesteś gorszy, tylko dlatego, że gorzej zarabiasz?
Albo tylko dlatego, że zamiast siedzieć za biurkiem mało się męcząc a dużo zarabiając ,
to tyrasz dniami i wieczorami w fabrykach, sprzątając, męcząc się okropnie?
Przecież takim ludziom należy się wielki szacunek!
Bo żadna praca nie hańbi!
No… chyba że sprzedajesz własne ciało!
Ale to nie jest praca.
Ja szczerze powiedziawszy bardzo chciałabym iśc na zwyklą sklepikarkę, krawcową,czy nawet sprzątaczkę.
Ale to choroba mi na to nie pozwoliła.
Osoba niepełnosprawna nie może sobie pozwolić na szkołę zawodową.
A jeżeli mi się uda, zdać tę przeklętą matmę,
jeżeli polski i angielski pójdzie mi tak jak chcę, to się ucieszę!
Ba!
Nawet Chyba opiję ;)
I być może i tak wtedy stanie na studiach, bo mi się zachce.
A jeżeli nie?
Coż, mogę poprawiać.
Jednak jeżeli moje starania nie odniosą skutku, to przecież się nie zabiję…
Mam inne piorytety…
To mój wybór.
A jeżeli ktoś go nie uszanuję?
Trudno…
Nie będę sie kłócić.
Zrobię swoje.

piątek, 8 lipca 2011

Z serii:Rozmowy poranne


Wczesny ranek, kuchnia. Adrian patrzy na mnie uważnie…
Adek: Ciociu… Masz krostkę…
Ja: Tak wiem… A może ty zostań Dermatologiem…
Adek: A ja będę farmerem!
Ja:Uhm
Adek: Ale przecież mogę być i tym i tym.
Ja: W sumie…
Adek: To będę dermatologiem i farmerem.
Ja: I co przepiszesz cioci na krostki?
Adek: Nie wiem… Tabletkę! I syrop.
Ja: A jak nie pomoże…?
Adek: To ja ci sam zrobię taki syrop… Magiczny… Bo ja bedę też magikiem

A jak to nie pomoże to proponujemy do pieca, na trzy zdrowaśki…

niedziela, 19 czerwca 2011

Brak koncepcji na tytuł



Panie i Panowie! Dzieci i Ryby!
W środę skończę swój jeden z najtrudniejszy chyba w historii rok szkolny.
A tym samym zaczynam swoje… ostatnie w życiu wakacje.
Mam je zamiar wykorzystać do maksimum.
Czeka mnie wesele siostry ,  badania lekarskie, powtórka do matury, nauka hiszpańskiego, bawienie dzieci…
Czeka mnie nadrabianie zaległości filmowych, książkowych, blogowych.
Czekają mnie spotkania z przyjaciółmi, spacery do dziesiątej wieczorem,
obowiązkowa konsupcja słonecznika,
czerwona opalenizna
( No dobra, to już zaliczyć zdążyłam).
Te wakacje będą udane- na pewno.
A jeżeli w ciągu tych dwóch miesięcy będę narzekać na nudę, czy depresje to bardzo was proszę, kopnijcie mnie w zadek i odeślijcie do tej notki.
La Vida Es Bella!

sobota, 11 czerwca 2011

...Marzę...

Mój dom będzie parterowy, wielki z olbrzymim ogrodem. 
Będzie w nim kuchnia w której będą meble dostosowane tak bym na wózku swobodnie gotować potrawy. 
Meble będą brązowe. I taka wielka lodówka z podajnikiem lodu na upalne dni, zaś w te chłodne w wieelkim salonie będziemy przy kominku pijać czekoladę. 
Ja, mój mąż i moje dzieci. 
Będzie pięć pokoi. 
W jednym z nich będzie mój scraproom, w drugim w kolorze fioletu w nowoczesnym stylu będzie moja małżeńska sypialnia.
W tej sypialni będę mieć toaletkę, sekretarzyk, a na nim laptop. 
Będą też szafki z moimi księgozbiorami. 
Tuż obok będzie sypialnia moich trzech córek, w kolorze kremowym, pełna misiów, zabawek, grzechotek.
A dalej pokój moich trzech synów, kolorowy, gdzieniegdzie ludzie „zabijać” się będą o rozmaite żołnierzyki, samochody i koparki.
Moja szóstka będzie mieć dzieciństwo jak z bajki. 
Otrzymają imiona Elena, Julianna, Kornelia, Marcel, Piotr i Jan. 
Wieczorami w lato będziemy wychodzić na podwórko. 
A tam? Drewniany plac zabaw, dmuchany basen do chłodzenia. 
I stół obok grilla.(Bo jestem przecież fanką nie zdrowego smażonego.). 
Na codzień moje dzieci pójdą do szkoły i przedszkoli, ja będę pracować w mojej własnej fundacji a w przerwach zostanę nauczycielką lub tłumaczką języka hiszpańskiego. 
Moje dzieci nie będą ograniczane, ale też nie będą rozpieszczane. Co niedziele razem będziemy wychodzić do kościoła, bedę czytać im przed snem…
I będziemy po prostu szczęśliwi. 
Nawet jeżeli w telewizji będą kolejne rewelacje na temat wojen i chorób.
Nawet jeżeli będziesz nas doświadczał. Bo przecież życie to nie jest wieczna sielanka… 
Będę je szalenie kochać, pomimo tego, że każde z tej mojej szóstki nie będzie mi dane urodzić samodzielnie.
Będziemy się kłócić, godzić, śmiać, płakać. Będzie moja rodzina i… pies.
I jeżeli Boże kiedyś dane mi będzie tego zaznać, to mogę obiecać, że zrobię wszystko, by wychować  swe dzieci najlepiej jak potrafię że dam im maksimum szczęścia, że będą cudownymi ludźmi. 
I będę sie starać by być dobrą mamą i żoną, ale nie bez wad.
Bo wady ma przecież każdy. 
One też po coś są.
Nie mogę Ci obiecać, że będę idealna. 
Mogę Ci obiecać, że postaram się z całego serca…
Ostatecznie, jeżeli nie spełnisz życzenia o dzieciach i mężu, to dom mogę zawsze wybudować. 
A dzieci…? 
Po coś w końcu ma się tych siostrzeńców…? ;)

niedziela, 15 maja 2011

Pamiętam



To było dokładnie pięć miesięcy temu. Moja siostra w dziewiątym miesiącu ciąży czekała ze spokojem na rozwiązanie. Umalowała pokój, pomagała w remoncie, energia wręcz ją rozsadzała… Pamiętam, że był  późny wieczór, gdy usłyszałam z moją młodszą siostrą dzwonek do drzwi.  Adrenalina podniosła się maksymalnie. Chóralnie krzyknęłyśmy z Olą „Justyna!!”. Usłyszałam głos szwagra i wiedziałam… 
Przyprrowadzono do nas Adriana, który był równie podekscytowany jak my wszyscy i każdemu opowiadał, że „mama rodzi dzidziusia.”. Igor urodził się dokładnie DWIE GODZINY później. Pamiętam, że tej nocy już nie zasnęłam… 
Rano szwagier pokazał mi na telefonie małego krasnalka z ciemnymi ustami (podczas porodu owinął się pępowinką i doszło do zasinienia- na szczęście dzięki Bogu tylko na zmienionym kolorku skóry się zmieniło).
Nie dane było mi poznać siostrzeńca odrazu. Igor po urodzeniu przeszedł najpierw katarek, a następnie infekcje, gdyż w drogach oddechowych zalegały mu jeszcze wody płodowe. Chodziłam do szkoły przez tydzień i gdy wracałam modliłam się, by siostra była już w domu. I Bóg w końcu tych próśb wysłuchał:)
I wciąż pamiętam gdy zobaczyłam go „na żywo”, gdy mogłam go wziąć na ręce a on spał… Nie ma nic piękniejszego od snu dziecka…
Dziś Igor to już duży chłopak, lada dzień zacznie siedzieć, raczkować. Za sobą ma już pierwszą zupkę i deserek, niestety pierwszy pobyt w szpitalu z powodu kosmetycznego zabiegu, gada jak najęty a pod dziąsełkami da się już wyczuć pierwszego ząbka. 
Zawsze gdy mnie zobaczy uśmiecha się do mnie i wyrywa byle tylko do niego podejść i się bawić. Potrafi już pociągnąć za włosy, ugryź palca, dokuczać starszemu bratu i przemieścić się z plecków na brzuszek. Widać, że będzie energiczny, może nawet zbyt? :D
Ale czy to ważne? Ciocia i tak zawsze będzie go kochać. 
Tak jak kiedyś mocno pokochałam Adriana.
Hanusiu! Nie pisze tekstów, ostatnim przebojem tj. na olimpiadzie zaśpiewałam
„Pokaż na co Cię stać” zespołu FEEL. Czasami napiszę jakiś wiersz, ale teksty
jakoś mi nie leżą narazie. Ale kto wie? Może kiedyś? :)

niedziela, 8 maja 2011

Nie taka Natalia jak ją malują...

Ostatnio po prawie dwóch latach weszłam na scenę. Miałam przyjemność wraz z koleżanką zaśpiewać na drugiej olimpiadzie specjalnej w ośrodku OREW, którego jestem stałym bywalcem.
Było sympatycznie, nawet cudownie!  Dostałam kwiaty, piękne podziękowania, pamiątkowy medal i wiele, wiele gratulacji.
Dużo osób ostatnio zachwala się nad tym jaka jestem silna… Ale muszę dziś wszystkich niestety zdziwić. Nie jestem, nie byłam i chyba nie będę silna. Są osoby o wiele silniejsze odemnie, każdego dnia widuję dzieci z gorszymi chorobami, wiecznie uśmiechnięte, ludzi biednych cieszących się z błahostek…
A ja? A mnie Bóg oszczędził… Moja choroba jest na tyle łaskawa, że mogę przebywać wśród młodzieży, mogę chodzić do szkoły. Mogę mówić, mogę kiedyś podjąć pracę, żyć w miarę tak samo jak wszyscy…
A tymczasem coraz częściej nachodzi mnie totalna beznadzieja. Coś co niszczy coraz więcej moich dni, coś co sprawia, że coraz częściej ryczę…od tak… Bez powodu.
Coś takiego, że swoim wrogim nastawieniem do świata odpycham od siebie coraz więcej ważnych dla mnie ludzi, że kłócę się z kim popadnie, bo czasem po prostu MUSZE na kogoś nawrzeszczeć… I to, że coraz częściej jestem wściekła na to, że akurat ja muszę być chora, przyjmować leki, jeździć na wózku.
A jak już ta chandra przejdzie to nagle dostaje nie wyjaśnionego powera, chce mi się żyć, marzę o tym jaka kiedyś będę szczęśliwa a w głowie mam tysiąc planów… I pewnego dociera do mnie, że te plany są cholernie nie realnymi… I zatacza się błędne koło.
I wiem, że powinnam być wdzięczna, że żyje, że mam przyjaciół, mam rodzinę.
Ale ja czasem po prostu nie mogę…
Pozory mylą…
Ps Igor odwraca się z plecków na brzuszek :)

czwartek, 14 kwietnia 2011

Sześć lat


Wczoraj około godziny szesnastej minęło sześć lat, od kiedy po raz pierwszy zostałam Ciocią.
Adrian jeszcze nie dawno był małym szkrabem… Dziś jest już starszym bratem, uczy się w przedszkolu i to fajny, naprawdę fajny chłopak z którego jestem niezmiernie DUMNA!
Nauczę Cię kochać,
byś bezinteresownie
 w każdej chwili życia
mógł przytulić się do mnie
Nauczę Cię kochać,
byś już od samego rana
za świat nasz wielki mógł wielbić Pana.
Nauczę Cię kochać,
po to by gdy dostrzeżesz zło
mógł dalej przez życie kroczyć
Nawet, gdy deszcz świat zaleje
i gdy wicher mocniej zawieje
Ja chce po prostu byś kochał
i z drogi do celu nie się nie cofał…

wtorek, 22 marca 2011

Nauka, imprezki i takie tam...



W dzień chrztu świętego Igora nie była ładna pogoda, pomimo że zaklinałam jak mogłam, ale był deszcz… To jednak nie popsuło nam wspaniałych chwil. Igorek najpierw przyjął swój pierwszy sakrament święty, potem było wręczenie prezentów i uroczysty (a jakże!) obiad, mały spisał się dzielnie, troszkę sobie pomruczał w kościele, ale gdy ksiądz polewał mu główkę zrobił wspaniały uśmiech


Tydzień temu byliśmy oboje na badaniach (oczywiste, moich) i i dokładnie w ten dzień Igorek po raz pierwszy jadąc windą zaśmiał się na głos rozgadani są z Adrianem bardzo (złośliwi twierdzą, że po cioci). 


A ja jak to ja… humor mam raz lepszy, raz gorszy. Wizyta w szpitalu dobiła mnie bardzo, gdyż badanie które miałam robione odbywało się obok sal dialistycznych… Wiele kiedyś czytałam o dializach… Ale to nie to samo… bo poczułam co to cierpienie dopiero, gdy poznałam pewną dziewczynkę, która żyje bez dwóch nerek i prawie mieszkając w szpitalu każdą noc podłączona jest do pomp, które oczyszczają jej krewkę „w zastępstwie” nerek… Wiadomo, do końca życia tak nie można, dziewczynka przeszła już długą operacje usunięcia uszkodzonych nerek, a obecnie czeka na przeszczep… 


I człowiek zadaje sobie pytanie: Dlaczego? 


W mediach huczy od rewelacji z sejmu, politycy ścigają sie pomiędzy sobą tylko po to, by pokazać że to oni są najwaźniejsi… Nie nauczyła ich nic katastrofa sprzed roku, pomimo że stracili przyjaciół, rodzine, nadal jest w nich wiele zła… 


Za mniej niż miesiąc rocznica tragedii smoleńskiej, a oni znów będą zjednoczeni, zadumani, zatrzymają się w tym pędzie… Na pokaz… 
Przepraszam, że notka dziś jest niezbyt ciekawa i nie zbyt przyjemna, ale czasem potrzebuje się tak wygadać (wypisać?) Coraz częściej dopadają mnie jakieś dziwne melancholie… 

Na pocieszenie wystarczy przecież poobserwować przyrodę za oknem, wiosna w pełni!




piątek, 25 lutego 2011

O tym i o tamtym też...

Nie mogę uwierzyć w to, że dwa tygodnie temu o takiej porze wyszłam na podwórko, poszłam na spacer, wystawiałam twarz do słońca… 

Bo gdy patrzę w okno to widzę tylko biel, zima jak szybko sobie poszła tak szybko do nas wróciła;/
Zrobiła nam psikusa, bo sądziłam, że pomimo takiej pory jutrzejsze chrzciny Igora będą ładne… 

Teraz jestem pewna, że do jutra sytuacja się nie zmieni i będzie biało, zimno, wręcz mroźno. Nie znoszę zimy… 

Ale to i tak nie zburzy mi spokoju i doniosłości chwili jaką jest chrzest mojego siostrzeńca. 

Igor, który obecnie ze swojego wózka mrucząc coś złowrogo czyta moje wypociny blogowe, wciąż nie może pogodzić się z tym, że ciocia Natalia nie weźmie go na ręcę.
Cóż, nie można mieć wszystkiego .
Wczorajszy dzień spędziłam najpierw z edukacją w tle, a między wolnymi przerwami z książką Ani, lub w OREWIE, następnie po powrocie internet, relaks. 

Potem musiałam ufarbować swój poczciwy „łebek”. A to skutecznie mój humor spsuło… Bo co ja poradzę, że jestem jedną z nielicznych kobiet, które nie lubią zabiegów kosmetycznych, malowań itp.? Jedyna rzecz jaką lubię to malowanie paznokci.
Tak więc wracam do żwawej „konwersacji” z moim misiulkiem i postaram się zdać relacje z jutrzejszego święta.

środa, 16 lutego 2011

Mój nowy blog po raz enty

Bo zaczęło się od tego, że nieszczęśliwym wypadkiem skasowało mi się konto na google, a wraz z nim poszedł sobie blog i konto na „Youtube”. Wypadek miał miejsce w ferie, kiedy to nic mi się nie chciało, dlatego blog odrazu nie został reaktywowany.

W te ferie nie chciało mi się siedzieć na internecie, uczyć, spać, oglądać tv, scrapować, czytać… Ogólna beznadzieja wywołana po prostu zimą… Odżyłam dopiero, gdy niemalże siłą zostałam wykopana z domu by pojeździć moim nowym elektrycznym nabytkiem po podwórku. Na wózku inwalidzkim jeżdżę od piątego roku życia. Jednakże zawsze posługiwałam się rekami. Więc co zrobiła Natalia gdy już usiadła na nowy nabytek sterowany małym pilocikiem? Chciała złapać za koła… a kół nie było. No i zong:D. Pierwszą podróżą byłam baardzo zestresowana, zwłaszcza że odrazu musiałam jechać do oddalonego kilometr od mojego domu sklepu.

Pod sklepem czekając na rodzicielkę spotkałam Asię i Kingę ( czyt. moje ziomki ) wróciłyśmy razem do domu, w połowie drogi skapłam się, że… jadę… Bez stresu i w miarę nie krzywo… Więc oficjalnie mówie: Prawo jazdy na wózek elektryczny uważam za zdane!
Po za tym w wolnym czasie kiedy tylko mogę zajmuje się siostrzeńcami. Adrian już jednak woli swoje własne zabawy, niż przynudzającą ciotkę, natomiast Igor wczoraj tj. w dniu gdy skończył dokładnie dwa miesiące, po raz pierwszy świadomie się do mnie uśmiechnął. Najbardziej śmieje i gaworzy, gdy mu śpiewam, złośliwi twierdzą, że to po to bym już przestała… xD
I naprawdę, opowiedziałabym coś jeszcze, ale zwyczajnie nie mam o czym…
Tak więc witam po raz wtóry na moim nowym blogu!
Rozgośćcie się!








Ps: Wszystkim moim czytelnikom serdecznie dziękuje i zachęcam do pozostawienia znaku obecności oraz namiary na swoje blogi…




Natalia:)