sobota, 4 listopada 2017

Siostrzana miłość.

- Ty chamie! - Dre się dzisiejszego popołudnia do urzędującego w kuchni Młodszego Olsona. Irytacja rośnie. Aż mi policzki płoną, puls przyśpiesza. Noelkowy wkurw na gigancie.
- Cooo? - Krzyczy ta moja siostra, usiłując przekrzyczeć wodę z kranu.
A ja wkurzona coraz bardziej. Jak ona mogła mi to zrobić? W ogóle co za siostra? Zero szacunku! A ja się dla niej tak staram! Od zawsze! Karmiłam butelka! Bawiłam się z nią w dom, pożyczałam jej zabawki i nawet już bardzo nie wypominam że w październiku 2001 o godzinie 11:30 ugryzła mnie w ramie! No po prostu siostra na medal! A ona mi takie coś?! Ja jej zaraz tu powiem...
- Mówię że jesteś chamska!!! - Dre się jeszcze bardziej, aż mi już z tego wkurzenia plamki przed oczami latają, puls wzrasta. A od stresu mam pryszcze! Znów! I cholera, taka jestem zła że zjadła bym najchętniej cała pizze, albo przynajmniej milke oreo. Jak ona może? Paskudna! Naszpontuje kota i w ogóle, cholera zobaczy! Wyprowadze się! Chamstwa nie należy przecież tolerować
- Ja?! Chamska!? - O proszę. I jeszcze pyskuje na dodatek?! Nie dość że zraniła to jeszcze ten krzyk?
- Tak! Ty! - Odpowiadam więc. A potem odpalam googla w poszukiwaniu noclegu.
- Bo?!?? - Krzyczy Młodszy Olson. Ha ! Jeszcze chce wiedzieć?? To ja jej zaraz powiem!
- Bo...! - Nabieram rozpędu już zła na maksa. Jak mogła zapomnieć co zrobiła?!
- Bo ten! No! Bo ty... No bo...! Aaaa kurde! Zapomniałam! Ale to było chamskie!

No. Naprawdę. :(

niedziela, 22 października 2017

Bez obietnic / Krynica Morska 2017

EHE, EHE. Ale kurz ;)
Psze państwa, kolejny długi przestój zaliczony.
Nie będę obiecywać,że kolejnych nie będzie. 
W międzyczasie działo się dużo i dużo też przede mną (Rzycie, rzycie jest nobelon...). 
Nie będę się tu dużo tłumaczyć. Powiem tylko że lajf bywa brutal. Potrafi dać w kość.
Minione kilkanaście miesięcy bywały piękne, spontaniczne i ciekawe, ale też dawały nieźle po ryju, kładąc kłody pod nogi, zmieniając plany, odbierając wiarę w niektórych.
Ale wiecie? To tak musi czasem być. Bo w takich ciężkich chwilach zwątpień, zawirowań i natłoku obowiązków łatwiej dostrzec to co człowieka cieszy. I dostrzec boski dar jakim są otaczający mnie ludzie. Ludzie gotowi rzucić wszystko, by wypić ze mną herbatę, pogadać o głupotach. 
Ludzie, którzy zasypują pracą w chwili, gdy czujesz się totalnie bezużyteczna. Ludzie, którzy pojawiają się zazwyczaj zupełnie przypadkowo. I, którzy słowami : "Dobrze że jesteś", "Bardzo nam pomagasz", "Dla Nas i tak jesteś najlepsza" nadają sens temu mojemu pokręconemu życiu.
W ciągu tych cichych tutaj chwil działo się wiele. 
Po 14 latach zobaczyłam wymarzony Bałtyk, poznałam zakopiańskie Krupówki, zaliczyłam dwa (!) najpyszniejsze na świecie torty urodzinowe. 
Czwórca moja najukochańsza broi sobie w najlepsze. Na koncie mam szóstoklasistów i pierwszoklasistów z pięknymi ocenami, złotowłosą przedszkolną królewnę i coraz większego urwisa, który swoim błękitnym spojrzeniem odbiera mi dech w piersiach. 
Dosłownie ;)
I widzicie jak to jest? 
Nie mogę się poddać. 
Patrząc na ogrom szczęścia jaki dają mi otaczający mnie ludzie ile bym nie straciła... i tak jestem na plusie. ;)


A tymczasem, ahoj!
Zapraszam na morskie migawki!

środa, 16 sierpnia 2017

No i się zaczęło

Igorek już od września będzie uczniem podstawówki. Ów fakt dotarł do mnie, gdy pewnego lipcowego popołudnia zataszczył do mnie reklamówkę pełną rozmaitych zeszytów, kredek, bloków.
Zmienia się każdego dnia, nie tylko wizualnie, ale i intelektualnie. Spoważniał niesamowicie. Zadziwia nas niesamowitą wiedzą, pierwszymi poważnymi rozmowami... Tak jak jakiś czas temu. Gdy zatrzymała się ziemia...
A było tak:

Oddaje się ja własnie popołudniowemu chillowi, odpoczywając po pracy i kilku godzinach w tabelkach excela. Aż tu nagle wparował młody. Chwile popatrzył co robię po czym pyta:
-Ciociu? Idziemy na pole?
-A po co?-Pytam, odwracając się do niego.
-No choodźź-Nalega
-No ale po co?
-Bo ja-Wyjaśnia mi.-Chciałbym z tobą porozmawiać sobie. Tak bez patrzenia w ekran.

Cóż było zrobić. Sytuacja zabrzmiała poważnie. Kiedy siedmioletni mężczyzna, o niebywałym uroku osobistym chce pogadać nic nie ma już znaczenia. Ani surfowanie w internetach, ani nawet głodna, siedmioosobowa rodzina na simsach.
Pełna obaw (O cóż temu dziecku chodzi, co ja przeskrobałam?! I jakie ewentualnie kary poniosę?) wychodzę z nim na zewnątrz.
Minutę potem siedzimy więc sobie oboje na tym polu, mierząc się przed moment wzrokiem. Ja trochę się zwieszam bo jeśli chodzi o Igoreckiego, czy pozostałą trójkę, to tak sobie lubię się pogapić i pozachwycać się.
Ot zakochana.
Aż tu mnie młody pyta
-To o czym pogadamy Ciociu?
-Hmmm-Mruczę, ale powoli już czuję! Będzie hardcore, prze państwa.
Zapewne zaraz padnie pytanie o to, czy wiem jaki numer buta ma Pique, czy inny Ronaldinio.
Więc ostrożnie pytam:
-A o czym byś chciał Igorciu?
-A znas taką piosenkarkę Margaret?
Pyta mnie dziecię z nadzieją w głosie.
No i się zaczęło. To ten moment. Moment, gdy podpadnę dziecku, bo mnie prze państwa bliżej niż do Margaret jest do Krawczyka, albo chociaż Iry, bo ja starej daty i w ogóle... Nie żebym miała coś do Margaret. Kwestia gustu raczej. Tylko jak wytłumaczyć to siedmiolatkowi??
No wiec sobie myślę intensywnie, jak tu wybrnąć. Przybierając uśmiech numer dwa i ukrywając nagły stre. A tak serio to pot po dupie ze stresu leci. Bo już za moment runie latami budowany autorytet i stracę  w oczach własnego siostrzeńca! Ten autorytet co go zdobyłam gdy po raz piętnasty naprawiłam autko, znalazłam fajną bajke, czy policzyłam ile to jest czterdzieści pięć razy sześć... Na nic starania!
Ostrożnie odpowiadam:
-Hmmm, znam jedną piosenkę... Ale raczej nie słucham
Patrzy na mnie zszokowany, jednakże wrodzony optymizm każe mu dać mi szanse
-No ciociu! Ona śpiewa taką piosenkę - Dziecko bierze oddech - "Łaciudu, łaciudu!"
-Nie znam tej piosenki... - Przyznaję, tracąc resztki godności.
I tu widzę jak niemal w jednej chwili błysk w oczach dziecka gaśnie, a w jego miejscu pojawia się znużenie.
-Aaaa... To jus nie wiem o cym mozemy rozmawiać...

I tak proszę państwa dostałam pierwszego kosza!

czwartek, 3 sierpnia 2017

Dziecięca kreatywność

Z powodów osobistych i dość intensywnego czasu ostatnio mało kartkuje.
Fakt ten trochę mi ciąży, ręce powoli swędzą.
Przypomniałam sobie jednak, iż ze względu na dość ważną rocznice w naszej rodzinie, trzeba do kartek wrócić.
Jako że przyszła, mała jubilatka, akurat przebywała z wizytą, postanowiłam więc działać:
-Mileneczko, a jaką chcesz kartkę na urodziny? - Pytam siostrzenicy.
Poprzednio zażyczyła sobie błękitów i kwiatów. Czyli moje klimaty!
... Tym razem jednak nie poszło zbyt gładko
-Kciała bym- zaczyna dziecię - takom kartkę z babeczką i kurczaczkiem.
Zdębiałam. A potem ostrożnie przypomniałam
-Milenko, ale to kartka z babeczką i kurczakiem to bardziej na wielkanoc...- Tłumaczę.
-Aaaa! To ja chce babke bez kurczaczka. Babeczka na jednej stronie...
-taka urodzinowa? - Upewniam się Ja.
- Tak. - Siostrzenica przytakuje i dodaje - A na drugiej aniołka który świeci...


Halo? Pilnie poszukuje elektryka od kartek okolicznościowych ;)